Powrótdo góry

 Co kilka lat słyszę o kolejnej generacji młodych ludzi, nowym pokoleniu wkraczającym w świat. Na ten socjologiczny absurd (socjologowie muszą jednak z czegoś żyć) skończyły się litery alfabetu arabskiego, więc ostatnio sięgnięto już do greki. Myślę, że kreatywność nie zatrzyma się na jidysz czy sanskrycie i ostatnie generacje mogą być oznaczane nawet egipskimi hieroglifami wydobytymi ze starożytnych grobowców. Problem jest odwiecznie ten sam – czy byt kształtuje świadomość czy odwrotnie.

Najsmutniejsza definicja osobowości jaką znam mówi, że jej proces powstawania nie różni się w niczym od tego co robi kameleon – jest dostosowywaniem się do sytuacji i okoliczności i wtapianiem się w tło. Żeby przeżyć. Fantastycznie. Oznacza to więc, że proces socjalizacji i przystosowania człowieka do życia w społeczeństwie polega na opłaszczaniu świadomości lokalnymi memami kulturowymi i normatywami ograniczonymi z jednej strony prawem a z drugiej zawsze mętnie zdefiniowanymi pojęciami normy i możliwości ludzkiej jednostki. Z kolei tak zwana socjologia jest nauką o niczym, bo nie istnieje nic takiego jak społeczeństwo – hipostaza upraszczająca zbiór jednostek do ich średniej i obcinająca statystyczne odchylenia w postaci jednostek, które są anomaliami i prawdziwymi indywidualnościami, jednostkami które nie poruszają się w rzece czasu jak cywilizacyjny plankton tylko łapią wiosła i próbują zmienić bieg łodzi, a co bardziej szalone – całej rzeki. Ale oni nie mieszczą się w socjologicznych literkach.

„Socjologiczne generacje” są cennym wypełniaczem kobiecych i psychologicznych periodyków, pełnych porad, racjonalizacji, krytyki i usprawiedliwień. Są żeby być i nic nie zmieniają. Kolejne opisywane współcześnie generacje nie są wynikiem żadnego procesu rozwojowego, tylko kadrami kolejnych stanów faktycznych, produktami ubocznymi produkowanymi przez kulturę masową podporządkowaną makroekonomii skoncentrowanej na powiązane ze sobą – zysk i konsumpcję.

Obecna generacja oznaczona kolejnym tajemniczym kryptonimem opisuje kolejne stadium upadku – młodzi ludzie nie wiedzą kim są, nie wiedzą czego chcą, nie potrafią zidentyfikować swoich potrzeb, swojej płci i seksualności, nie umieją oczywiście kontrolować swoich emocji, tną się na potęgę i z byle powodu o każdej porze dnia i nocy ogłaszają w mediach społecznościowych światu zamiar samobójstwa; nie potrafią również zdyscyplinować się żeby zrealizować jakikolwiek długofalowy cel, a z drugiej strony, jak zepsute dzieci, są egotyczni, skoncentrowani wyłącznie na sobie, wielkościowi i roszczeniowi. Genialna degrengolada – czy można nie mieć fizjologicznych napadów lęku myśląc o tym, że ta grupa wkracza w dorosłość i (o la boga) może wpaść na pomysł na wyprodukowanie kolejnej generacji, która może przyśpieszyć proces socjologicznej kategoryzacji z pominięciem wszystkich znanych alfabetów do poziomu piktogramów ludzi pierwotnych.

Czy naprawdę nauka tak jak mówi Kowalski w Pingwinach z Madakaskaru służy tylko do opisywania tego co jest, a nie do stawiania diagnoz, identyfikowania przyczyn i wskazywania rozwiązań? Nauka służąca tylko do prostego opisu rzeczywistości jest chorobą, którą wszczepił cywilizacji Arystoteles. Jeszcze jego nauczyciel należał do socjologicznej generacji pewnie starożytnych „Zetek” kończących pochód filozofów szukających przyczyn. Ponieważ jak wiadomo filozofów nie należy darzyć szacunkiem ponieważ do niczego nigdy nie doszli Arystotel uprościł sprawę i stwierdził, że póki statki poszukiwaczy prawdy nie wrócą do portu i nie przywiozą złotego runa należy przekształcić filozofię w naukę i skupić się na prostym opisywaniu zjawisk, nauka w takiej postaci trwa do dzisiaj.

Opisywanie kolejnych stadiów degeneracji społeczeństwa, określanych kolejnymi generacjami jest w istocie obojętnym przyglądaniem się jak łódź zbliża się do krawędzi gargantuicznego wodospadu. Jako ludzie nauki pozwalamy, żeby patologia społeczna, patologia rodziny i patologia medyczna przechodziły ewolucję stając się normatywami dla danych czasów.

Niedojrzałość młodych ludzi, którzy nie potrafią bazować na swoich zasobach, są zagubieni i pozbawieni wzorców (bo rodzice są w lasach cywilizacji i polują na pliki banknotów, które zamienią w łupy przyniesione do domów w kolorowych albo markowych torbach z butików i supermarketów), uciekają w miękkie narkotyki czy uzależnienia behawioralne i nie chcą (czytaj = nie potrafią) tworzyć stałych związków, zawierać związków małżeńskich i decydować się na wychowywanie dzieci (statystyki mówią o 5-7 letnim opóźnieniu w stosunku do poprzednich generacji) stała się normą i kolejną literką socjologów; otyłość prowadząca do chorób przewlekłych staje się tematem tabu. Moi studenci na szóstym roku medycyny są już tak uformowani na wcześniejszych latach, że wiedzą że nie można osobie grubej powiedzieć że jest otyła. Dewastujące mózg i psychikę uzależnienia stają się (MDMA, PCP) „psychiatrycznymi” lekami, które sprawią, że skłócone pary poczują do siebie sztuczną miłość a ludzie, którzy przeżyli traumy naćpają się i przestaną o nich myśleć. To NOWY ŚWIAT. Obserwując go Stanisław Lem, który w Kongresie Futurologicznym opisał wizję zdegenerowanego społeczeństwa, które jest szczęśliwe i żyje w wyobrażeniu swojej doskonałości dzięki narkotykom, rozpylanym w miastach przez roboty i systemy klimatyzacyjne, mógłby nie tylko kolejny raz złamać swoje pisarskie pióro, ale pogratulować współczesnej psychiatrii nowej roli, którą na siebie bierze – bocznych drzwi do wprowadzania legalnych narkotyków na rynek. Ku uciesze big farmy. (Nota bene: ciekawe jakie literki posłużą etyce do odróżnienia przemysłu farmaceutycznego od narkotykowego?). A to dopiero początek zmian bez zmian, bo nikt tu nic nie zmienia, tylko gasi pożary albo dokonuje doraźnych korekt kursu, nie kontynuowanego zwykle przez kolejny zarząd, rząd czy kierownictwo.

Brak powszechnej dyskusji nad diagnozą problemu i potrzebą zmian, zamieniona w ogłupiający festiwal kolejnych świąt = przerw w pracy i premier seriali na małym i dużym ekranie powoduje mój strach. Kiedy czytam że w Niemczech czy we Francji mieszka już po 7-8 milionów imigrantów wyznających wiarę Mahometa, którzy stworzyli tam równoległe i odrębne społeczeństwa i jako Bracia Muzułmanie prowadzą ekspansję polityczną i kulturową, żądają prawnej legalizacji ich norm religijnych i w biały dzień atakują w kościołach obywateli Francji z dekapitowaniem ich włącznie to czuję strach. Ale w polityce panuje ten sam poprawny pseudohumanistyczny normatyw – tolerancji, akceptacji, niezawracania sobie głowy i znanej z ostatniej fazy upadku Cesarstwa Rzymskiego potrzeby przeczekania do kolejnych wyborów czy spokojnej emerytury. Co poradzono po kolejnych zamachach dokonywanych przez Braci Muzułman we Francji czy w Szwecji – zalecono obywatelom niewychodzenie z domu. Szczytem naiwności byłoby pytanie, czy wprowadzono jakieś długoterminowe rozwiązania problemu wielokulturowości w tych krajach. Czy nikt nie widzi, że ten świat spokoju i spokojne i wygodne życie to zbiorowa iluzja, która nijak ma się do zmian zdrowotnych, dietetycznych, społecznych, politycznych czy kulturowych. Chodzenie po labiryncie z zamkniętymi oczami to krwawy sport w epoce wysiewu minotaurów zagrożeń współczesnego świata.   

Miałem ostatnio sen, w którym nauczyciel zalecał mi najpierw obudzić ciało fizyczne, potem wzbudzić w nim energię metabolizmu, potem obudzić uczucia, następnie intelekt i unieść się nad tym wszystkim jako umysł, kontrolujący tę złożoność. Ten sen odnosi się do jeszcze jednej znormatywizowanej patologii życia społecznego – że człowiek zmienia się do 27-28 roku życia, a potem utrzymuje się na powierzchni, zaczynając psuć się i tonąć po przechodzeniu na emeryturę.

Zrównanie człowieka do biologicznej maszyny wykonującej swoje funkcje póki się nie zepsuje to pokłosie ery maszyn – ludzie którzy ich używają (smartfony, komputery) zaczynają postrzegać innych jak maszyny. Tymczasem ludzie, którzy zachowują uważność i zamiast pilota, smartfonu albo batonika trzymają w ręku wiosła nie psują się, przy pomocy umysłu kierują swoimi ciałami, żyją aktywnie długo po przekroczeniu socjologicznego wieku emerytalnego, wiedzą kim są i po co żyją.

Nie ma dla nich socjologicznych literek, ale to oni są wypieranym przez inercję nauki wykastrowanej z filozofii rozwiązaniem problemu – każdego pojedynczego człowieka czy zbiorowości jednostek – generacji, społeczeństwa czy społeczeństw, whatever. Wraz z wygodami przychodzi słabość. Pobudka – czas zmienić kurs.  

Słuchaj rozmów w formie podcastu

ProMedico - Słuchaj rozmów w formie podcastu