01 kwietnia 2026
Śląska Erin Brockovich, nazywana przez miejscowych „Doktórką” lub „Królką”, mówiła o sobie z charakterystyczną skromnością: : „ po prostu robiłam to, co do mnie należało. Z obowiązku opieki na dziećmi, które były w moim rejonie … po prostu pracowałam, tylko dokładniej. Nie byłam bohaterką .
A mimo to Jolanta Wadowska-Król wniosła do medycyny coś więcej niż zawodową kompetencję – wrażliwość społeczną i głębokie poczucie sprawiedliwości.
W realiach propagandy sukcesu, gdy „socjalistyczne dzieci robotników nie mogły masowo chorować z powodu zatruć przemysłowych”, jej postawa stała się świadectwem odwagi i niezależności. Ta historia pozostaje aktualną lekcją: niezależnie od czasu i okoliczności trzeba stawać po stronie najsłabszych, mówić prawdę zgodnie z wiedzą i sumieniem oraz nie rezygnować z odpowiedzialności – nawet jeśli wiąże się to z osobistym ryzykiem.
Prolog
Jolanta Wadowska-Król urodziła się w przededniu II wojny światowej w Katowicach, w patriotycznej, nauczycielskiej rodzinie. Jej ojciec – Piotr, był kierownikiem polskiej szkoły w Bielszowicach, a matka – Stanisława (d.d. Chwist) uczyła języka polskiego. Piotr we wrześniu 1939 r. zgłosił się do wojska. Jolanta miała wtedy kilka tygodni. Ppor. Piotr Wadowski służył w legendarnym 13 Wileńskim Batalionie Strzelców „Rysiów”. Z Armią gen. Władysława Andersa przeszedł cały szlak bojowy: od Tobruku po Monte Cassino. Zmarł w marcu 1945 r. na skutek ran odniesionych w bitwie pod Faenza. Pozostały po nim dokumenty, listy, sepiowe fotografie, dwa Krzyże Walecznych, Medal Wojska, Gwiazda za Wojnę, Gwiazda Italii, przyznany pośmiertnie The War Medal i skromny, biały krzyż na cmentarzu w Bolonii. Po ojcu odziedziczyła odwagę i poczucie odpowiedzialności.
Trudne początki
Kiedy Jolanta miała rok, jej mama na skutek porażenia piorunem częściowo straciła wzrok. Po wypadku nie mogła już pracować w szkole. Zatrudnienie znalazła w przedszkolu. Dopiero po przeszczepie soczewek w latach 60 zaczęła dobrze widzieć. Życie nie było łatwe. Ze względu na bardzo trudną sytuację domową rozdzieliły się: Stanisława zamieszkała z jedną ze swoich sióstr, a Jolanta z drugą. Kilkanaście razy zmieniała szkołę i miejsca pobytu. Już wtedy wiedziała, że może liczyć tylko na siebie i musi szybko się usamodzielnić. W 1956 r. zdała maturę w Liceum Ogólnokształcącym w Siewierzu i wraz z grupą przyjaciół pojechała do Rokitnicy „zapisać się na studia”. Wtedy wpadła w przerażenie, że jej licealna wiedza, to za mało żeby pokonać sześciu kandydatów w walce o indeks. Sama wspomina, że tak naprawdę dopiero od 12 maja zaczęła się uczyć dniami i nocami, aby 2 lipca zdać pozytywnie egzamin wstępny. Z grupy ośmiu siewierskich licealistów indeksy Wydziału Lekarskiego Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu dostało trzech, w tym Jolanta Wadowska.
Pani Doktor
Jej wielkim marzeniem była chirurgia. Na stażu okazało się jednak, że oddział chirurgii jest nie dla niej. Wtedy pacjentów usypiało się za pomocą eteru, którym kapało się na maskę. Opary eteru szybko działały na dr Wadowską otumaniając ją i powodując senność. Interna jej nie interesowała, ginekologia także. I tak została na pediatrii oczarowana atmosferą i ludźmi, od których mogła się dużo nauczyć. W 1968 roku już jako lekarz pediatra rozpoczęła pracę w Poradni Rejonowej w Szopienicach i w Szpitalu w Będzinie (jako wolontariusz), później przeniosła się do Poradni w Dąbrówce Małej. W1974 roku dr Jolanta Wadowska – Król była już żoną i mamą dla Joanny, Przemysława i Justyny. Mąż – Zbigniew Król był uczniem prof. Franciszka Kokota i adiunktem w Instytucie Chorób Wewnętrznych w Klinice Nefrologii. Wiodła spokojne i ustabilizowane życie. Do pewnego czasu.
Karol
Latem 1974 r. do gabinetu dr Wadowskiej – Król ponownie powrócił mały pacjent z nawracającą anemią. Mieszkał tuż koło Huty Metali Niezależnych w Szopienicach. Patrzyła na tego bladego, apatycznego, przeraźliwie smutnego dziewięciolatka – Karol był niewiele starszy od jej syna – i wiedziała, że coś jest nie tak. Nie wiedziała tylko co. Karol trafił znowu na badania do zabrzańskiego szpitala. Po jakimś czasie do przychodni w Dąbrowce przyjechała prof. Bożena Hager – Małecka. Niedawno wróciła z międzynarodowego sympozjum w Szwajcarii, na którym omawiano bardzo rzadki przypadek ołowicy u dzieci. Coś ją tknęło i kazała oznaczyć poziom ołowiu w moczu. Wynik badania przeraził je obie. Karol miał ołowicę. Następnego dnia w tajemnicy zostało przebadane jego rodzeństwo oraz kilkoro dzieci z bezpośredniego sąsiedztwa. Wszystkie były chore. Z cichym przyzwoleniem dyrektora przychodni dr. Kazimierza Urbana, dr Wadowska-Król zaczęła samowolnie zlecać badania na masową skalę. W laboratoriach nikt nie protestował i nie dociekał dlaczego dziennie bada się 50–70 dzieci. Kiedy po dwóch tygodniach zbuntowali się listonosze, pani doktor wraz z pielęgniarką Wiesławą Wilczek chodziły od familoka do familoka, od drzwi do drzwi – wypytywały o dzieci i rozdawały skierowania na badania. Rodzice bez obiekcji i zadawania pytań godzili się na wszystko. Dzięki heroicznej pracy, bez liczenia przepracowanych godzin, przebadanych zostało około 5000 dzieci. W ich kartotekach nie było jednoznacznej diagnozy. Pani doktor znaczyła je krzyżykiem: jeden krzyżyk – średnio chore, trzy krzyżyki – prawie umierające. To nie były pojedyncze przypadki, to była „plaga”. Poziom ołowiu u dzieci był przekroczony trzy, a nawet czterokrotnie.
Robiła co mogła
Każdego dnia ogarniała ją coraz większa złość. Kiedy patrzyła na te brudne klepiska zamiast trawników, na te zagrzybione rudery bez kanalizacji, wodę z kąpieli i prania wylewaną gdziekolwiek, dzieci, które w brudnych rękach trzymały rzodkiewki z pobliskich ogródków, to wiedziała, że jeśli nie ona, to nikt im nie pomoże. Zaczęła działać jak w amoku. Wysyłała najmłodsze dzieci do okolicznych placówek: kliniki w Zabrzu i szpitali w Sosnowcu, Ligocie i Załężu. Ale to było mało. Dlatego załatwiła zgodę na kierowanie swoich pacjentów do sanatoriów w Istebnej, Rabce i Jaworzu. Zdała sobie też sprawę, że kilkumiesięczny pobyt jej podopiecznych w sanatorium nie załatwi sprawy definitywnie. W nocy huta otwierała filtry (wiele lat później okazało się, że filtry były atrapą, a poziom zapylenia powietrza 350 m od huty przekraczał normę tysiąc razy!). Dławiący, śmierdzący, żółty dym był wszędzie i oblepiał wszystko co się dało. Powrót podleczonych dzieci do Szopienic był niemożliwy. Zaczęła więc walczyć o nowe mieszkania, najpierw z hutą, potem z władzami województwa. Kiedy pogardliwie mówili o niej „Matka Boska Szopienicka” i po cichu oskarżali ją o sabotaż, nie przejmowała się i robiła swoje, nie zastanawiając się zbytnio, że sama pracuje w toksycznym środowisku zagrażającym również jej zdrowiu. W tym czasie ołowica wśród dzieci nie była już sekretem i co najgorsze – była nie na rękę władzom. Na ołowicę mogli chorować hutnicy, ale nie ich dzieci.
Nie dać się zastraszyć
Środowisko medyczne pomagało jak tylko mogło, bez zadawania zbędnych pytań, pozostawało jednak bierne w myśl zasady „rób co chcesz, nas w to nie mieszaj”. Gorzej było z władzą. Dr Wadowska-Król doskonale zdawała sobie sprawę z tego jakie mogą być konsekwencje. Tak po prostu, po ludzku, bała się o swoją rodzinę, o pacjentów, o siebie. Ale z drugiej strony co mogli jej zrobić? Wiedziała, że nie odbiorą jej dyplomu lekarza. Mogli wysłać ją do pracy na głęboką prowincję, albo aresztować i skazać na karę więzienia. Mówiła „trudno, tyle osób siedzi, ja też mogę pomimo, że nic nie zrobiłam”. Dzięki ogromnemu wsparciu i pomocy męża oraz mamy nie dała się zastraszyć i nie poddała się.
Dużo pomógł ówczesny wojewoda katowicki Jerzy Ziętek. Podobno w jego życiu wydarzyła się jakaś tragedia i od tej pory był szczególnie wrażliwy na krzywdę dzieci. Miał również szczególny sentyment do prof. Hager-Małeckiej, przyjaźnił się z jej ojcem. Pomagał w załatwianiu autokarów, prawdopodobnie miał także wpływ na wspomniane sanatoria. To Ziętek umożliwił spotkanie I sekretarza KC Edwarda Gierka z panią Profesor, na którym, na oczach wszystkich, wręczyła mu raport o ołowicy. To on dał nadzieję na nowe mieszkania. Niestety, w czerwcu 1975 r. gen. Ziętek odszedł na emeryturę, pod naciskiem samego Zdzisława Grudnia, I sekretarza KW w Katowicach. Grudzień był człowiekiem, który dużo mógł w Polsce, a wszystko na Śląsku. Oporny na wiedzę, fanatyk rządny władzy i zaszczytów, a przede wszystkim chcący się wykazać przed bezpośrednim szefem. Dla niego problem ołowicy nie istniał, liczyły się tylko wyniki produkcyjne na Śląsku. Paradoksem jest to, że kiedy dr Wadowska-Król walczyła z ołowicą, Grudniowi urodziło się dziecko. Po mleko dla niego jeżdżono aż do Miasteczka Śląskiego!
Doktorat
Dr Wadowska- Król wprowadziła całą machinę w ruch i nie można było już jej zatrzymać. Na przełomie 1975/76r.z inicjatywy dyrektora wojewódzkiego sanepidu dr Karol Grzybowskiego, utworzono specjalne laboratorium i zatrudniono wyspecjalizowane laborantki, które miały zajmować się tylko tymi przypadkami. Dr Grzybowski postarał się nawet o spektofotometr, który bada poziom ołowiu. Laborantki jeździły do szkół i przedszkoli, pobierały dzieciom krew i badały. Dr Wadowska organizowała ich leczenie w sanatoriach. Dzieci wracały po kilku miesiącach, ale już do nowych mieszkań, które doktor wywalczyła od huty. Wtedy prof. Bożena Hager – Małecka zaproponowała jej napisanie z doktoratu. Początkowo nie chciała, bo doktorat nie był jej potrzebny. Miała ogromny materiał badawczy, statystyki, chore dzieci, grupę kontrolną z Mysłowic. Pomyślała, że szkoda by było zmarnować tyle pracy. Doktorat napisała szybko. Pani profesor tekst zaakceptowała, ale wskazała wiele akapitów do wykreślenia w tym mozolnie wykreślone słupki oparte na danych statystycznych. Z tytułu musiało zniknąć słowo „zatrucie”… I tak każdy, kto pracę czytał wykreślał z niej coraz to inne informacje. Kiedy zniknęła informacja o poziomie ołowiu u dzieci chorych to było wiadome, że cała praca straciła sens. Anonimowe recenzje były druzgocące.
Sejf rektora
Słyszała od kolegów lekarzy związanych z uczelnią: „daj spokój i tak tego nie obronisz”. Pomimo wszystko 1 marca 1977 r. złożyła do ówczesnego dziekana Wydziału Lekarskiego pismo z prośbą o wyrażenie zgody na wszczęcie przewodu doktorskiego na podstawie pracy „Wpływ mikro środowiska wielkoprzemysłowego na stan zdrowia dzieci zamieszkałych w sąsiedztwie źródła emisji pyłów metalicznych”. Kilka dni później prof. Hager-Małecka przedłożyła materiały wraz ze stosownym pismem do rektora ŚAM prof. Jana Jonka (prywatnie bardzo dobrego kolegi Z. Grudnia). Z polecenia rektora jedyne dziewięć egzemplarzy pracy zamknięte zostało w tajnej kancelarii ŚAM i opatrzone klauzulą poufne. Oficjalnie doktorat został wstrzymany z powodu… braku piśmiennictwa. To przerosło doktor Wadowską -Król. Po raz pierwszy popłakała się z bezradności i bezsilności. Potem spakowała notatki i wyniosła je na strych. W latach osiemdziesiątych otrzymała, od ówczesnego dziekana prof. Jerzego Żmudzińskiego, propozycję uzupełnienia pracy i wszczęcia przewodu doktorskiego. Nie skorzystała. Nadal niestrudzenie tropiła ołowicę, pisała raporty do sanepidu i pomagała tym, którzy na drodze sądowej domagali się odszkodowań za utracone zdrowie. Robiła to, co lubiła najbardziej – leczyła dzieci w poradni w Dąbrówce Małej aż do 2012 roku.
Epilog
Dzięki jej determinacji i odwadze podjęto próbę sanatoryjnego leczenia tysięcy dzieci. Wszystkie rodziny z okolicy huty otrzymały nowe mieszkania, a „zatrute domy” zostały rozebrane. Zaczęto mówić o zanieczyszczeniu atmosfery przez gazy i pyły przemysłowe Huty Metali Niezależnych w Szopienicach, a ołowica przestała być tematem tabu. W latach osiemdziesiątych dzięki jej staraniom ówczesne władze finansowały w szkołach akcję picia mleka, dzięki któremu ołów siał mniejsze spustoszenia w organizmach.
W 2008 ro. po ponad 170 latach istnienia podjęto decyzję o likwidacji Huty Metali Nieżelaznych w Szopienicach i zaczęto z Opolszczyzny zwozić czystą ziemię, którą wysypywano w miejscach kolejno likwidowanych oddziałów. W latach 2011-2016 około 7 ha terenów po tym zakładzie poddano rekultywacji.
W kwietniu 2021 r. Senat Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach uhonorował dr. Jolantę Wadowską-Król tytułem Doktora Honoris Causa Uniwersytetu Śląskiego. Dwa lata później, podczas XLIII Okręgowego Zjazdu Lekarzy w Katowicach odebrała z rąk prezesa ORL najwyższe wyróżnienie Izby „Wawrzyn Lekarski”.
Kiedy pisałam ten artykuł w 2021 r. Karol nadal mieszkał w Katowicach. Z siedmiorga rodzeństwa zostało mu jeszcze dwóch braci. Przez pewien czas pracował w Spółdzielni Inwalidów, ale został zwolniony z powodu częstych zwolnień lekarskich. Żył wtedy ze skromnej renty po ojcu i groziła mu eksmisja z mieszkania. Dzisiaj nie wiadomo jakie są jego losy.
Post scriptum.
„Dama z ołowiu” — to nie tylko lekarka, lecz kobieta, która w starciu z aparatem państwowym potrafiła zachować godność, odwagę i wierność własnym wartościom. Była twarda jak ołów — nie dlatego, że nie znała strachu, lecz dlatego, że wiedziała, po czyjej stronie stanąć. Dr Jolanta Wadowska-Król do końca życia pozostała wierna swojej misji — chciała wrócić do dawnych pacjentów i po latach zbadać, jak dramat ołowicy odcisnął się na ich zdrowiu. Jest nadzieja, że tę ideę podejmie powstałe przy Uniwersytecie Śląskim Centrum Badań nad Środowiskiem Poprzemysłowym im. Jolanty Wadowskiej- Król. W lutym 2026 roku premierę miał miniserial „Ołowiane dzieci”, określany przez twórców jako produkcja „luźno inspirowana” jej historią. Serial wywołał kontrowersje i podzielił opinię publiczną — wielu widzów wskazywało na uproszczenia, fabularne nadużycia oraz wyraźne odejścia od udokumentowanych faktów. Dlatego warto sięgać do źródeł opartych na faktach, które oddają prawdziwy wymiar jej odwagi i determinacji. Historia dr Wadowskiej-Król została przedstawiona w filmie dokumentalnym „Doktórka” w reżyserii Wojciecha Królikowskiego, w reportażu „Matka Boska Szopienicka” w reżyserii Małgorzaty Król (wnuczki), a także w spektaklu tanecznym Agnieszki Cygan „Matka Boska Szopienicka” oraz w słuchowisku radiowym „Kanarek umiera pierwszy”. Można również sięgnąć po książki oparte na faktach — „Doktórkę od familoków” Magdaleny Majer oraz „Moją ołowianko, klęknij na kolanko” Marty Fox.
Historia dr Jolanty Wadowskiej-Król nie potrzebuje wariacji na temat prawdy, upiększeń ani kontrowersji — jej siła tkwi w faktach i w pamięci tych, którym pomogła.
Najnowsze artykuły
Popularne
Słuchaj rozmów w formie podcastu














