Powrótdo góry

To był początek kwietnia, piątek około południa, gdy pakujący się na koncert szantowych pieśni ginekolog  dr Maciej Jędrzejko z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Katowicach-Ligocie odebrał na Messengerze list od umierającej pacjentki. W dramatycznych słowach opisała pragnienie godnego spędzenia ostatnich chwil swojego życia bez cierpienia,  w pełnej świadomości. Prosiła by jej list upowszechnić z podpisem „Eutanazja Kowalska”.

„….Ja, prawniczka, żona, matka, pacjentka potwierdzam: cierpienie nie uszlachetnia. To zdanie powinno być wyryte nad wejściem do każdego hospicjum, każdego sejmu, każdego kościoła i każdej sali sądowej, gdzie decyduje się o życiu innych ludzi. Bo ja już wiem. Wiem, co znaczy oddawać mocz przez cewnik. Być karmioną przez PEG. Mieć wyłonioną stomię. Wyć z bólu po cichu, w nocy, mimo pompy z morfiną. Wiem, co znaczy bać się nie śmierci – tylko tego, jak długo jeszcze potrwa umieranie. To nie duchowa podróż. To rozkład. To bezradne czekanie w bólu na śmierć. Panie Doktorze – błagam Pana, nie jako pacjentka, ale jako człowiek – niech Pan opublikuje ten list. Niech Pan wykrzyczy to, czego ja już nie zdążę powiedzieć… CZŁOWIEK MA PRAWO ODEJŚĆ GODNIE, GDY MEDYCYNA I PSYCHOLOGIA SĄ BEZRADNE. Nie proszę o śmierć. Proszę o możliwość wyboru…”

Jeszcze tego samego dnia list miał w Internecie kilka milionów odtworzeń i udostępnień oraz kilka tysięcy komentarzy – rozszedł się viralowo. Portale i gazety prześcigały się w jego publikowaniu. Wielu ludzi czytało i płakało.  Zamurowało nawet tak twardych  facetów jak członków szantowego zespołu Banana Boat, w którym od lat gra dr Jędrzejko.

Po kilku dniach, powie dziennikarzom, że każde  zdanie w tym liście było potwierdzeniem tego, co od dawna myśli i czuję na temat eutanazji, ale nigdy nie odważył się głośno wypowiedzieć.

– Pracuję w zawodzie już 21 lat, diagnostyką raka piersi zajmuję się od ponad 10. Obecnie co najmniej kilka moich pacjentek jest w podobnej sytuacji. Jednak nigdy jeszcze żadna pacjentka w tak mocny sposób do mnie nie wróciła –  mówi. Ona wykrzyczała to, co wielu z nas w sobie hamuje, gdy trzymamy za rękę umierających i cierpiących chorych.

Na początku trudno było mu skojarzyć tę pacjentkę. Ma ich wiele. Po postawieniu diagnozy na podstawie biopsji gruboigłowej  kieruje je do instytutów onkologii, gdzie onkolodzy przejmują leczenie. Pacjentki wracają na konsultację ginekologiczną raz lub dwa razy w roku. W zaawansowanych stadiach choroby zwykle po dwóch, trzech kolejnych wizytach kontakt się urywa… Pacjentki chorujące na zaawansowane postacie raka piersi, jajnika, szyjki macicy – znikają. Nie przychodzą na kolejne wizyty. Czasem nadchodzą smsy od mężów z podziękowaniami od żony, która właśnie odeszła.

Ale tym razem było inaczej.

Była moją pacjentką,  gdy pracowałem jeszcze w Piekarach Śląskich -przypomina sobie doktor Jędrzejko. Twarzy nie pamiętam. W liście poprosiła wprost, żebym zanonimizował jej dane i zmienił na Eutanazja Kowalska. 

Napisała, że pierwszy raz zgłosiła się do mnie na wizytę mniej więcej cztery lata temu i że miała dużego – pięciocentymetrowego guza piersi. Wysłałem ją na mammografię, wynik badania (BIRADS 0) był niepewny i niemiarodajny, zaproponowałem od razu biopsję gruboigłową. Potem jeszcze dwa – trzy razy była u mnie na wizytach, ostatni raz mniej więcej rok temu. Wtedy jeszcze śmiała się, że dzięki naszym psychoonkologicznym rozmowom żyje dłużej. Była już po radykalnej mastektomii z usunięciem węzłów chłonnych i chemio-radioterapii, ale niestety, okazało się, że pojawiły się przerzuty i rozpoznano u niej IV stadium – rozsiany proces nowotworowy.  

W czasie konsultacji dr Jędrzejko zawsze długo rozmawia z pacjentkami. Nie tylko o samej chorobie. Stara się wyciągać je z marazmu i oczekiwania na śmierć. Dlatego opowiada o tym jak mogą smakować każdy dzień zamiast je liczyć. Rozmawia o przyjemnościach, marzeniach, pasjach także o seksie i orgazmach. Niektórzy się dziwią, mówią, że to nie wypada. Seks w chorobie nowotworowej to nadal temat tabu. A tymczasem na temat onkoseksualności na zachodzie organizuje się poważne konferencje naukowe. W czasie chemioterapii, radioterapii zawsze istnieją problemy związane z suchością pochwy, libido, poczuciem własnej atrakcyjności – co wpływa na dramatyczny spadek komfortu współżycia. Dlatego dr Jędrzejko pyta jak to wygląda  w życiu pacjentek i oczywiście słyszy najczęściej, że co ? seks ? Nie, nie, seks to absolutnie nie. I wtedy opowiada jak istotny jest dotyk, przytulanie, pieszczenie, regularne doprowadzanie (się) chorej do orgazmów. Mówi o mechanizmie uwalniania przeciwnowotworowych beta -endorfin czy hamowaniu kortyzolu, który jest głównym hormonem promującym nowotwory i hamującym układ odpornościowy oraz komórki NK kluczowe dla zwalczania nowotworów. Eutanazja Kowalska w liście przyjemnie wspomina te chwile i podkreśla, że rozmowy były dla niej bardzo ważne, zmieniły całkowicie jej nastawienie do ciała i do życia. Doszła do wniosku, że nawet po mastektomii może być piękna dla kochającego męża, na którego ponownie się otworzyła. Napisała, że to był dla niej, pod względem seksu, najlepszy rok w życiu.  

Ale niestety to nie był list o życiu z happy endem, to było pożegnanie.

„…nie mam już siły. Nie wstanę, nie sięgnę po tabletki, nie rzucę się z okna. Wiem, że jeśli będzie trzeba – mój mąż… przyłoży mi poduszkę do ust, gdy już nie będę dawać rady. Tylko, że on będzie z tym żył. Z poczuciem, że mnie zabił. A ja chcę, żeby ktoś – jak w Holandii, jak w Belgii, jak w Kanadzie – usiadł przy mnie, wziął za rękę i powiedział: »Nie możemy już nic więcej zrobić. Szanuję pani decyzję. Zaraz pani zaśnie« .I teraz pytanie do Was – do tych, którzy to czytają: Gdybyś był na moim miejscu – chory terminalnie, połamany, w bólu, który rozrywa duszę – czy chciałbyś mieć prawo, by zakończyć to wszystko, zanim staniesz się tylko ciałem do przewijania pampersa?”

Kiedy cytuję mu fragmenty listu – mimo, że czytał go dziesiątki razy – doktor Jędrzejko nie ukrywa wzruszenia i łez. Rozmawiamy po dyżurze między jednym, a drugim wywiadem. Wciąż dzwonią kolejni dziennikarze, właściwie z tymi samymi pytaniami.

– Są ludzie – przyznaje doktor – którzy uważają, że cierpienie uszlachetnia i można je ofiarować Bogu. Jeśli im to pomaga, niech decydują tak jak im dyktuje serce. Jestem agnostykiem, nie uważam, że cierpieniu należy nadawać jakiś magiczny sens. Możemy opowiadać sobie różne historie czy bajki, by się poczuć lepiej, ale jako lekarz wiem, że jesteśmy częścią przyrody, nasze życie się zaczyna i kończy. Dlatego nie chcę mitologizować cierpienia i nie szukam na siłę jego sensu. Cierpienie dla mnie jako lekarza  jest objawem klinicznym, który mam obowiązek skutecznie leczyć. Jeśli jednak medycyna i psychologia wyczerpią wszystkie możliwości redukcji cierpienia, to musimy pacjentowi powiedzieć prawdę, że osiągnęliśmy moment bezradności i bezsilności. I wtedy trzeba zacząć rozmawiać o odchodzeniu, o tym jak to będzie. Jakie będą kolejne etapy. Jakie są możliwości medycyny paliatywnej. Jaką mamy strategię dalszych działań.

Tylko że my nie umiemy rozmawiać o śmierci.

-Nie umiemy i boimy się tego, odwracamy wzrok, którego pacjent tak bardzo w tym momencie potrzebuje. Tymczasem właśnie wtedy trzeba z nim porozmawiać i odważnie, pokazać mu prawdę, że nie ma już nadziei, że czas uporządkować swoje sprawy. Przeprowadzić ważne rozmowy. Może przeprosić lub pogodzić się z synem, córką, żoną, matką, ojcem, przyjacielem? Jak pisał ksiądz Kaczkowski „nie ma szału, jest rak” – on mówił „ nie potrzebujemy waszej litości, potrzebujemy waszej miłości, obecności i tego że powiecie nam, że nigdy nie zostawicie nas w tej ostatecznej chwili samych”.

U nas w Polsce temat śmierci jest infantylnie „magiczny”, bajkowo „święty”, czarodziejsko „tajemniczy”.  Tymczasem w dojrzałych społeczeństwach zachodniej cywilizacji  mówi się o końcu życia w sposób normalny, naturalny, bez uciekania od pacjenta. Prostym ale empatycznym, taktownym pełnym wyczucia językiem. Zamiast czarów i magii jest zwykła ludzka troska o stworzenie godnych warunków do odchodzenia dla umierającego człowieka.

Jak mogę umierać godnie i w dodatku na własnych warunkach?

–  Na przykład w stacjonarnych hospicjach miejscach, gdzie odchodzisz tak jak chcesz. Twoi bliscy mogą tam być i spać z tobą. Masz swój pokój w którym możesz, rozmawiać, śpiewać, tańczyć, słuchać muzyki, powiesić własne obrazki i zdjęcia na ścianach. Uzyskujesz informację, że konsylium lekarskie określiło z całą pewnością, że wyczerpano wszelkie możliwości redukcji cierpienia, wydało zgodę na eutanazję i teraz decyzja należy do ciebie. Gdy ból będzie już nie do wytrzymania, to można skorzystać z opcji sedacji paliatywnej lub eutanazji. Można. Nie trzeba.

Zaraz, a gdzie misja lekarza aby walczyć do końca?

-Dla mnie – lekarza- życie też jest świętością i najważniejszą sprawą, ale kiedy medycyna jest bezradna, to nie jest w porządku aby skazywać ludzi na straszne cierpienie i tzw. chałupnicze mieszanki leków, narkotyków, alkoholu, które ludzie i tak stosują do tzw. „eutanazji domowej”, a potem umierają w szale narkotycznym.

Bo, jak mówią, odebrać życie może tylko ten, kto je dał czyli Bóg. 

– Tak myślą chrześcijanie – ale nie wszyscy – np. protestanci zależnie od nurtu dopuszczają eutanazję, prawosławni traktują cierpienie jako mistyczne oczyszczenie i zakazują eutanazji. Islam podobnie – zakazuje samobójstwa ale dopuszcza przerwanie uporczywej daremnej terapii. Judaizm zakazuje wszelkiego skracania życia ale dopuszcza odłączenie od urządzeń podtrzymujących życie przy braku rokowania na wyjście z tego stanu. Hinduizm najstarsza religia świata – ma złożone i niejednolite podejścia, honoruje w pewnych przypadkach akt współczucia w formie eutanazji biernej. W Buddyzmie życie ma wartość absolutną ale działanie z uzasadnionym współczuciem może zmieniać ocenę moralną eutanazji.

A ci, którzy nie wierzą w żadnego Boga?

-Nie mają komu ofiarować swojego cierpienia, bo nie wierzą w istnienie żadnych sił wyższych. Czy ich ból jest gorszy niż osób wierzących ? Oni muszą mieć prawo do zakończenia swojego cierpienia na swoich zasadach- stwierdza stanowczo dr Maciej Jędrzejko, którego telefon od czasu, gdy ujawnił swe poglądy na eutanazję zalewany jest setkami obraźliwych i wulgarnych określeń od przeciwników eutanazji w Polsce.

Ale na jego  lekarskie biurko równie licznie każdego dnia spływają kolejne pytania i opinie od medyków  jak i ludzi spoza świata medycznego zainteresowanych szczegółami rozwiązań tego, wciąż u nas jeszcze drażliwego i omijanego, tematu.

Co z autorką listu do swojego lekarza? Po tygodniu nadszedł ostatni list w tej sprawie. Tym razem od męża pacjentki:

„Proszę podziękować wszystkim, którzy udostępnili list mojej ukochanej żony”  Odeszła tak, jak chciała i wtedy, kiedy chciała – na swoich zasadach. Ból był nie do zniesienia, ale Eutanazja nie chciała sedacji – bo ją otępiała i usypiała. Ona chciała odejść po swojemu, w pełni świadomie, trzymając nas za ręce. Byliśmy przy niej do końca… Poprosiła, by podczas infuzji puścić jej na koniec utwór Beethovena „Dla Elizy”. Bo tak naprawdę miała na imię – Eliza.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Słuchaj rozmów w formie podcastu

ProMedico - Słuchaj rozmów w formie podcastu