23 czerwca 2025
O kołtunie i prezydencie, który leczył Jakiś czas temu będąc w auli Collegium Novum UJ w Krakowie zwróciłam szczególną uwagę na majestatyczny portret mężczyzny ujęty w pozycji siedzącej, w czarno-bordowym stroju z widocznym drogocennym łańcuchem na piersi. Ciemne tło obrazu uwydatnia jego twarz. Twarz mężczyzny mądrego, spokojnego, pewnego siebie, patrzącego odważnie i przenikliwie, na każdego kto spojrzy w jego stronę. To jeden z pierwszych portretów pędzla Jana Matejki, a przedstawia człowieka wybitnie zasłużonego dla Krakowa, jak i dla polskiej medycyny. Austriaka, który czuł się Polakiem. Nikomu nieznanego ubogiego sieroty z galicyjskiej wsi leżącej na krańcach austriackiego imperium, który szturmem wdarł się na wiedeńskie salony – Józefa Dietla (1804-1878).
W XVIII w. dziadek Józefa – oficer austriacki, z Wiednia poprzez Węgry dotarł do Galicji. Ojciec Józefa – Franciszek był urzędnikiem państwowym w Samborze, później zarządcą dóbr państwowych w Nowym Sączu. Pod wpływem swojej żony Anny z Kulczyckich, zubożałej polskiej szlachcianki, spolonizował się i wychowywał swoje dziewięcioro dzieci w duchu polskiego patriotyzmu. Niestety jego przedwczesna śmierć znacznie pogorszyła sytuację rodziny. W 1821 r. Józef za namową matki wyjechał do Lwowa. Bez grosza przy duszy zapisał się na Uniwersytet Lwowski, na którym ukończył studia filozoficzne. By podreperować budżet udzielał korepetycji z matematyki, a ponieważ nie narzekał na brak uczniów zdołał odłożyć niewielką sumę pieniędzy, która umożliwiła mu w 1823 r. wyjazd do Wiednia na studia medyczne. Gdyby nie stypendium galicyjskie, to pewnie sześć lat później nie objął by stanowiska asystenta i adiunkta przy Katedrze Historii Naturalnej Uniwersytetu Wiedeńskiego. Tam też obronił swoją pracę doktorską. Mając na uwadze pomoc materialną dla młodszego rodzeństwa, skłonił się ku praktyce lekarskiej.
Wiedeńskie początki
Do błyskawicznego rozwoju jego kariery przyczyniła się choroba, która zabiła jego ukochaną matkę. Zdobył uznanie władz w 1830 r. kiedy zajmował się zwalczaniem epidemii cholery w Wiedniu. Dwa lata później, w skutek nawrotu fali choroby, władze bez wahania powierzyły mu kierownictwo największym szpitalem dla zakażonych. Przystojny, wykształcony, biegle władający językami (niemiecki, włoski i francuski), a do tego doskonały lekarz – szybko stał się ulubieńcem wielkiego świata wiedeńskiego. Na początek zaproponowano mu stanowisko fizyka (lekarza) miejskiego w prestiżowej dzielnicy. Dzięki jego staraniom powstał tam szpital, gdzie początkowo pracował jako ordynator oddziału wewnętrznego, a później został jego dyrektorem. Okres wiedeński zapoczątkował jeszcze jedną zmianę w jego życiu. W 1846 r. ożenił się z dziewiętnaście lat młodszą Heleną Zieterbarth. Na zlecenie rządu wizytował szpitale europejskie, co zaowocowało rzadką i ciekawą publikacją „Krytyczny opis szpitali europejskich”, a jemu samemu dało ogromne doświadczenie w tej materii. W tym czasie ukazały się także dwie publikacje, które wywołały rewolucję w środowisku medycznym. Pierwsza „ O upuście krwi w zapaleniu płuc”, która obalała zasadność takiego leczenia i przyniosła mu sławę międzynarodowego klinicysty oraz druga – „ Praktyczne obserwacje na podstawie wyników badań w szpitalu Okręgowym w Wiedniu”, która zmieniła założenia praktyki klinicznej i była początkiem tzw. Młodszej Szkoły Wiedeńskiej. Nowym kierunkiem było poznanie patogenezy choroby oparte na dokładnym badaniu anatomopatologicznym i chemicznym. Dietl uważał, że dobrym lekarzem może być człowiek, który poznał istotę chorób.
Ścisłe rozpoznanie – proste leczenie
Ustabilizowane wiedeńskie życie przerwała wizyta ówczesnego Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie dr Józefa Majera. Osobiście przedstawił dr Dietlowi propozycję objęcia katedry chorób wewnętrznych wydziału lekarskiego. Dietl nie wahał się ani chwili i po 28 latach pobytu w Wiedniu, jako światowej sławy uczony, 9 maja 1851 r. oficjalnie przekroczył próg krakowskiego Uniwersytetu. Z właściwą sobie energią zaczął reformować zacofaną klinikę wprowadzając do niej nowoczesne metody diagnostyczne: osłuchiwanie stetoskopem i opukiwanie oraz zwiększając liczbę łóżek (z 18 do 24!). Uczył swoich studentów dokładnego prowadzenia wywiadu z pacjentem połączonego z badaniem fizykalnym oraz analizą płynów fizjologicznych i sprawdzania temperatury (!). Wpajał im prostą zasadę, na której oparł swoją praktykę lekarską – „ścisłe rozpoznanie, proste leczenie”. Długo zabiegał o utworzenie na wydziale katedry chemii lekarskiej. Wskutek odmowy wiedeńskiego Ministerstwa Oświaty, prof. Dietl sam wykładał „chemię patologiczną w zastosowaniu do diagnostyki”, organizując pracownię w swoim gabinecie i wyposażając ją w niezbędne sprzęty, odczynniki i literaturę z własnych funduszy. Początkowo wykładał także anatomię patologiczną, do której to przykładał ogromną wagę, a przy okazji wystarał się o znaczne dofinansowanie prosektorium. Ponieważ głównie interesowały go choroby wewnętrzne doprowadził do wyodrębnienia osobnych katedr chorób skórnych i wenerycznych oraz pediatrycznej. Koledzy docenili „powiew świeżości”, który wprowadził Dietl w swojej katedrze i klinice. W latach 1856 -1861 pełnił funkcję dziekana wydziału lekarskiego, a w kadencji 1861/1862 został wybrany rektorem uniwersytetu. Znacznie przyczynił się do reorganizacji uczelni i poprawy jej finansów. To za jego rządów wprowadzono habilitacje i zwiększono liczbę studentów pochodzących z różnych środowisk społecznych.
Posłannictwo społeczne
Profesor Józef Dietl traktował naukę jako posłannictwo społeczne. Sam posiadał niezwykłą umiejętność i pomysłowość wykorzystywania badań do celów praktycznych. Wszechstronne wykształcenie i duża wiedza z zakresu chemii i geologii pozwoliła mu na rozwinięcie badań klinicznych od kątem poprawy zdrowia pacjentów. Już od czasów wiedeńskich interesował się uzdrawiającą mocą natury. Wizytował uzdrowiska w Europie, a rezultat z pobytu ogłosił w 1856 r. w pracy „Balneologische Reisenskizzen”, ale doświadczenia spożytkował na rzecz swojej polskiej ojczyzny. Rok później objechał wszystkie galicyjskie uzdrowiska, sklasyfikował ich wody mineralne (liczba, miejscowości, w których występują oraz ich właściwości), a także zasugerował konkretne propozycje rozwiązań finansowych, organizacyjnych i technicznych, które umożliwiały rozwój m.in. Rabki, Krynicy, Szczawnicy, Swoszowic, Iwonicza i Żegiestowa. Zainicjował powstanie Komisji Balneologicznej przy Krakowskim Towarzystwie Naukowym, później przy Akademii Umiejętności, którą kierował aż do śmierci. Swoim autorytetem zjednywał sobie właścicieli uzdrowisk, których przekonywał do prowadzenia działalności na rzecz rozwoju społecznego i ekonomicznego. Najlepszym przykładem jest Józef Szaley, który w testamencie przekazał Akademii Umiejętności „zakłady zdrojowe w Szczawnicy z należącymi do nich dobrami i nieruchomościami”. Przy okazji Dietl propagował rozwój ekologii uważając, że ochrona środowiska jest powinnością społeczną. W 1861 r. z jego inicjatywy powstało pierwsze w Galicji i Krakowie pismo medyczne – „Przegląd Lekarski”. Był to tygodnik, którego celem było z jednej strony ożywienie ruchu naukowego poprzez publikację swoich spostrzeżeń i wyników badań na rynku rodzimym, a z drugiej strony miały za zadanie stać na straży czystości i poprawności języka polskiego.
Choroba kołtunowa
Józefa Dietla uważa się za ojca polskiej hematologii, gdyż to właśnie on po raz pierwszy zdefiniował białaczkę. Otworzył nowe horyzonty dla anatomii patologicznej, zastosowania chemii w diagnostyce, leczenia zapalenia płuc i tyfusu. Do dzisiaj ogromne uznanie budzą inne osiągnięcia Dietla: spostrzeżenia kliniczne dotyczące wędrującej śledziony czy objawów uwięźnięcia nerki ruchomej. Jego wielkim marzeniem było opublikowanie pracy dot. malarii, do której materiały zbierał podczas podróży po m.in. Turcji i Grecji. Niestety nigdy jej nie ukończył, ale napisał rozprawę o właściwościach leczniczych i skutkach ubocznych chininy. Mając ogromne doświadczenie w walce z epidemią cholery, dwukrotnie publikował w tym temacie, z czego „O cholerze, wykłady kliniczne” ukazała się po polsku (1865 r.).
Z dzisiejszego punktu widzenia humorystyczną jest walka Dietla z … kołtunem, nazywanym za granicą „plica polonica”. Kołtun był pękiem sfilcowanych, brudnych włosów, sklejonych wydzielinami skórnymi. Kołtuna nie można było obcinać, bo miało to skutkować ślepotą, paraliżem a nawet śmiercią. Wielu XVIII i XIX wiecznych polskich lekarzy (nawet wybitnych!) uważało kołtun za jednostkę chorobową i publikowało całe wywody dot. „chorób kołtunowych”! Nawet się zastanawiano kto i kiedy nas zaraził tą chorobą. Natomiast prof. Dietl patrzył na kołtun z punkty widzenia higieny i zdrowia publicznego. Powołał specjalną komisję, która badała przypadki kołtunów i udowodniła, że „choroba kołtunowa” nie istnieje, a jest tylko i wyłącznie spowodowana brakiem higieny. Szybko uporał się z zabobonem: zakazał obsługiwania ludzi z kołtunem na głowie w magistracie i rozpuścił plotkę, że osoby z tą przypadłością zostaną dodatkowo opodatkowane (oszczędnych Krakusów nie trzeba było długo namawiać do strzyżenia i czesania.
W obronie polskości
Kiedy przyjechał do Krakowa bardzo słabo mówił po polsku. Na pierwszym wykładzie poprosił studentów, żeby nauczyli go języka polskiego, a on za to będzie ich uczył medycyny. W efekcie 20 lat później mówił i pisał biegle po polsku. Już w swojej mowie rektorskiej wypowiedzianej w obecności austriackich władz i grona profesorów, napiętnował panującą germanizację. Jako poseł na Sejm Galicyjski i deputowany do Rady Państwa walczył o autonomię Galicji oraz wprowadzenie języka polskiego w szkolnictwie, administracji, sądownictwie i instytucjach naukowych. W czasie największych demonstracji patriotycznych występował w obronie biorących w nich udział studentów. W 1862 r. został ponownie wybrany rektorem, ale nie zatwierdzono tej kandydatury, objął więc stanowisko prorektora. Po wybuchu Powstania Styczniowego, choć sam był mu przeciwny, chronił relegowanych z uczelni studentów i profesorów, pisał memoriały w ich obronie i jeździł do Wiednia z interwencjami w ich sprawie. Ta działalność patriotyczna nie podobała się władzy. W 1865 r., sam cesarz Franciszek Józef, po cichu i bez podania przyczyny, po 14 latach pracy, usunął go z Uniwersytetu pod pozorem przejścia na emeryturę. Odbiło się to dużym echem w Krakowie, Profesora wpędziło w lekkie załamanie nerwowe. Żal po tej krzywdzie pozostał mu do końca życia. Przymusowa emerytura spowodowała tylko, że mając więcej czasu mógł się poświęcić bardziej pracy społecznej ukierunkowanej na reorganizację całego szkolnictwa („O reformie szkół krajowych” należy do najlepszych dzieł naszej literatury pedagogicznej) i demokratyzację życia społeczno-politycznego.
Kraków moje miasto
Rok 1866 przyniósł do Krakowa zasadnicze zmiany. Wiedeń przyznał miastu autonomię, rok później dostała je cała Galicja. W Krakowie po raz pierwszy wybrano radę miejską i nikogo nie zdziwiło, że pośród radnych znalazł się powszechnie znany i szanowany prof. Józef Dietl, którego zdecydowaną większością głosów wybrano na urząd prezydenta (51 „za” na 56 głosujących). Z właściwą sobie energią Dietl zabrał się za reformę miasta. Kiedy 15 lat wcześniej przyjechał do Krakowa, zastał miasto brudne, cuchnące, zaniedbane, tonące w błocie i ciemne nocą. Jeszcze unosił się nad nim swąd spalenizny, pozostałość po wielkim pożarze (lipiec 1850 r.), w którym spłonęło 10% zabudowy miasta, w tym ok. 160 kamienic i domów, Pałac Biskupi, Drukarnia Akademicka i część Rynku Głównego. Nie dziwi więc, że młoda Helena Dietl przyzwyczajona do wiedeńskiego blichtru, nie wytrzymała psychicznie i zostawiwszy męża uciekła z Krakowa na zawsze. Józef Dietl przez cały okres swojej prezydentury (do 1872 r.) dokładał wszelkich starań, by podnieść jakość życia w mieście. Jak zwykle działał metodycznie, w przemyślany sposób. Zaczął od reformy magistratu usprawniając znacznie jego działanie. Jako lekarz wiedział jakie znaczenie ma higiena, toteż zarządził stałe oczyszczanie miasta i obowiązkowe czyszczenie kloak (robili to więźniowie). Zbudowano kilka toalet publicznych i apelowano do mieszkańców, by nie załatwiali swoich potrzeb naturalnych na ulicach i placach. Marzył o kanalizacji i wodociągu miejskim, nawet postarał się pożyczkę pod ich budowę, ale pieniądze wydano na bieżące potrzeby miasta. Pomysł zrealizowali dopiero jego następcy. To jemu Kraków zawdzięcza brukowane ulice i gazowe latarnie, a dzisiejsze piękne Planty Dietlowskie to osuszone koryto starej Wisły. Dietl doprowadził do rozbudowy i spolonizowania szkolnictwa – powstały szkoły powszechne, żeńskie, rolnicze, handlowe i przemysłowe. Postulował za rozwojem rzemiosła i drobnego przemysłu (poprzez kredyty) oraz utworzenie stowarzyszeń branżowych, kas oszczędności i banków. Ochroną objął krakowskie zabytki, doprowadził do renowacji zniszczonych Sukiennic i przyczynił się do utworzenia w nich Muzeum Narodowego. Dietlowi udało się podwyższyć miejskie dochody, bez nakładania obciążeń na mieszkańców. Największym jednak prezentem dla mieszkańców było powołanie Straży Ogniowej. Staranie Józefa Dietla nie przeszły bez echa na dworze wiedeńskim. Cesarz Franciszek Józef powołał go dożywotnio do tzw. Izby Panów (izba wyższa Rady Państwa) i odznaczył Orderem Korony Żelaznej. Proponowano mu wszczęcie starań o szlachectwo i tytuł hrabiowski, ale Profesor pomimo, iż był łasy na zaszczyty, kategorycznie odmówił argumentując swoją decyzję, że „niegodne byłoby uzyskanie tej nobilitacji z ręki zaborcy”.
Koniec wieńczy dzieło
W wyborach w 1872 r. prof. Dietl ponownie został prezydentem, choć już nie z tak wielką przewagą. Poniekąd była to wina jego apodyktyczności, wyniosłości i przekonaniu o własnej racji, choć słusznej i popartej faktami. Doczekał się opozycji wśród radnych, która coraz bardziej go krytykowała i dążyła do zmniejszenia jego wpływów. A dodatkowo pogarszał się stan jego zdrowia. Latem 1873 r. wybuchła w Krakowie epidemia cholery, w której zwalczanie zaangażował się jako lekarz i prezydent. W następnym roku złożył rezygnację. Postępujący gościec uwięził go domu, coraz częściej odzywały się dolegliwości oddechowe spowodowane rozedmą płuc i nieżytem oskrzelowym. Ostatni napad duszności miał miejsce 18 stycznia 1878 r.
Jego pogrzeb przerodził się w ponad 20 tysięczną manifestację. W niedzielne popołudnie sześciokonny karawan wiozący ciało zmarłego otoczony sztandarami i insygniami cechów miejskich, w asyście strażaków, przedstawicieli zakładów i instytucji dobroczynnych, Senatu i Profesorów oraz studentów Uniwersytetu, Rady Miejskiej, wojska, duchowieństwa, licznych delegacji oraz zwykłych mieszkańców, przemierzył trasę od mieszkania Profesora przy Rynku Głównym do Cmentarza Rakowickiego przy majestatycznym dźwięku Dzwonu Zygmunta.
Dietl prywatnie
Prof. Józef Dietl pomimo, iż prowadził praktykę lekarską nie dorobił się znacznego majątku. Lwią część dochodów poświęcał na działalność charytatywną. Z własnych funduszy finansował „święconkę” dla krakowskich rzemieślników oraz różne imprezy kulturalne, których celem była pomoc dla ubogich. W 1858 r. zakupił co prawda dwa majątki: Rzuchową i Woźniczą (okolice Tarnowa), ale nie przynosiły one jakiś szczególnych dochodów. Po bezpotomnej śmierci Profesora stały się własnością jego bratanka. Co ciekawe w testamencie zadbał także o żonę, ustanawiając dla niej specjalną rentę. W Rzuchowej w gronie rodziny spędzał wszystkie wolne chwile, wakacje, a nawet dochodził do zdrowia po usunięciu go z Uniwersytetu. Uwielbiał kiedy się nim zajmowano. Miał romantyczną duszę i lubił odpoczywać na łonie przyrody. W opowieściach rodziny Dietlów można znaleźć informację, że wręcz ubóstwiał wąchanie kwiatów i one zawsze musiały się znajdować w jego pokoju. Lubił zaszczyty i celebracje, ale co ciekawe na odsłonięcie swojego pomnika w Szczawnicy nie pojechał. Wyróżniał się elegancją, dobrymi manierami i powagą. Chętnie pozował do fotografii i portretów, szczególnie w strojach podkreślających jego przynależność do narodu polskiego. Duże znaczenie dla niego miały okazałe uroczystości, w tym jego słynne bale prezydenckie („u Dietla”) oraz te pobudzające uczucia patriotyczne (często je finansował z funduszy własnych), np. przyjęcie w Krakowie nuncjusza papieskiego oraz powtórny pogrzeb Kazimierza Wielkiego (1869 r.). Był bardzo dumny z nadania mu przez papieża Piusa IX Orderu Św. Grzegorza Wielkiego. Józef Dietl był honorowym obywatelem Krakowa i Nowego Sącza. Członkiem honorowym Towarzystw Lekarskich w Krakowie, Lwowie i Czerniowcach. Aktywnie działał w Towarzystwach Lekarskich w Warszawie, Wilnie, Wiedniu i Towarzystwie Przyjaciół Nauk w Poznaniu.
Post scriptum
Jaki byłby współczesny Kraków bez Józefa Dietla, a medycyna bez manifestu nowej szkoły wiedeńskiej? Profesor Józef Dietl – z urodzenia Austriak, z wyboru Polak w pierwszym pokoleniu – jak mało kto zapisał się na kartach historii, łącząc pracę na rzecz miasta z pracą lekarza. Zorganizował krakowską klinikę, wprowadzając do niej nowe metody nauczania i diagnozowania oraz rozwinął polskie zdrojowiska. Żył w czasach medycyny wysoce niedoskonałej, ale z ogromnym zapałem i poświęceniem oddawał się leczeniu chorych i nauczaniu młodzieży. Wtedy normą ówczesnego świata akademickiego było stawianie sobie pytań i dokładna analiza wyników badań a nie wiara w utrwalone dogmaty. Jako lekarz potrafił dostrzec błędy swoich nauczycieli i nie bał się ich publicznie ogłosić. Jako rektor odważnie wzywał do polonizacji Uniwersytetu, domagał się usunięcia obcych wykładowców i oddania uniwersytetowi zabranej przez władze wiedeńskie autonomii. Okres jego prezydentury w Krakowie uznawany jest za jeden z najbardziej owocnych w historii miasta. Uporządkował Kraków oraz poprawił jakość życia jego mieszkańców, m.in. poprzez tworzenie nowych dzielnic i ulic, budowę tanich mieszkań dla najbiedniejszych czy stworzenie przytułku dla osób starszych i kalekich. Ale co najważniejsze: zintegrował wszystkie warstwy społeczne ówczesnego Krakowa oraz umocnił i rozwinął „stan trzeci” poprzez zakładanie szkół zawodowych.
Można też się zastanowić, czy obecność wybitnych osobowości świata medycznego, których autorytet prowadził do niebywałych osiągnięć społeczno-politycznych, była dziełem przypadku? Prof. Józef Dietl nie był marzycielem. On konsekwentnie, w sposób dokładnie przemyślany i przedyskutowany realizował swoje plany. To co osiągnął zawdzięczał tylko i wyłącznie swojej własnej pracy. Najtrafniej określił go, jego przyjaciel prof. Józef Oettinger : „(..) ani się możnym nie łasił, ani niższym nie poniewierał, grzeczność uważał za obowiązek każdego człowieka wykształconego, a szorstkość za oznakę nieokrzesania”. Był niepospolitym człowiekiem, który połączył w sobie cechy znakomitego lekarza, nauczyciela, publicysty, reformatora i obywatela.
To jedyny polski lekarz, który doczekał się tak wielu upamiętnień, nawet pomników stawianych za życia, a Kraków jest wręcz przesiąknięty śladami Profesora. Do dziś możemy podziwiać pomnik Józefa Dietla przed krakowskim magistratem, odsłonięty w 60. rocznicę jego śmierci w 1938 r. – dłuta Xawerego Dunikowskiego (uchodzi za najlepsze dzieło tego rzeźbiarza), a gdy popatrzymy wysoko na dach sukiennic, na wschodni szczyt ryzalitu, to zobaczymy Dietla jako maszkarona – karykaturę (projekt jego pacjenta i przyjaciela Jana Matejki). Od 2008 r. postać tego niezwykłego człowieka przypomina samorządowa Nagroda im. Józefa Dietla, przyznawana za wybitne osiągnięcia i pracę na rzecz społeczności lokalnej.

Zbiory Muzeum Historii Medycyny i Farmacji ŚIL: medal wyemitowany przez Polskie
Towarzystwo Historii Medycyny (1978 r.) – Józef Dietl 1804-1878: Wielkiemu Polakowi i
zasłużonemu lekarzowi, autorstwa Edwarda Gorola; w tle Sukiennice przed przebudową w
czasach J. Dietla (źródło: Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona)
Foto: Katarzyna B. Fulbiszewska, Karolina Dąbrowska
Popularne
Słuchaj rozmów w formie podcastu















