Powrótdo góry

 

Z  Marcinem Gałkiewiczem, koordynatorem studiów podyplomowych medycyny pola walki na Śląskim Uniwersytecie Medycznym rozmawia Piotr Biernat

Panie Marcinie, będzie wojna?

 Nie wiem, nie jestem kompetentny aby na to odpowiedzieć.

A jak pan myśli?

Wszystko jest prawdopodobne i nic nie jest dziś pewne. W duchu liczę jednak, że jej nie będzie. Mam nadzieję, że politycy wpłyną na  potencjalnych agresorów, że uda się ich powstrzymać.

Mimo wszystko warto się już dziś przygotować?

Oczywiście, że tak. Przygotować powinniśmy się nie tylko dlatego, że za granicą jest wojna. Przekonaliśmy się o tym choćby w  trakcie pandemii, gdy wiedza o tym jak się zachować w zagrożeniu okazała się bardzo cenna. My jednak mamy tendencje aby nie przewidywać, a nawet lekceważyć, przyszłe zagrożenia. Dlatego pewnie niewielu medyków wie jak zachować się w sytuacji wojny chemicznej czy biologicznej. Zresztą, to nie tylko nasza cecha. W Ukrainie wojna też wielu ludzi zaskoczyła i dopiero w jej trakcie trzeba było uczyć się jak przetrwać i poradzić sobie np. ze skutkami zastosowania przez Rosjan coraz nowszej broni.

Czy fakt, że w kilka godzin zapełniły się miejsca na podyplomowe studia uczące medyków działań na polu walki, to znak, że lekarze boją się wojny?

Tak myślę. Ten boom na medycynę pola walki obserwowany jest zresztą od dłuższego czasu. Wprawdzie kursy z zakresu medycyny pola walki w oparciu o amerykańskie standardy odbywają się w Polsce od wielu lat i cieszą się dużą popularnością, ale studiów podyplomowych na ten temat nie było. Teraz jako pierwsi w kraju, otwieramy nowy kierunek  z  ponad 350 godzinami nauki i treningów o tym jak medycyny mają się zachować na polu walki.

Po co lekarzowi wiedza o tym, co dzieje się na polu walki, skoro nawet generałowie mówią, że jeśli będzie wojna, to nie będzie taka jak na filmach o  II wojnie,

 A co dokładnie mówią ci generałowie?

Że w nowej wojnie główną rolę odegrają drony, lotnictwo, daleka artyleria i cyberataki.

Ale zawsze będzie front. Mimo, że będą latały drony, to ziemię zdobywa człowiek- nie maszyna. Dron może torować drogę, ale za nim zawsze idą żołnierze. Dalej  więc będą miejsca agresji, punkty oporu, dalej lać się będzie krew. Czy to będzie wybuch drona, czy rakiety poszkodowani i ranni będą zawsze. Wtedy  wkracza chirurgia polowa, której nikt na studiach medycznych do tej pory nie uczył. Medycyna pola walki opiera się systemie priorytetyzacji czynności i pokazuje na co kładziemy nacisk, w jakiej kolejności  i jak ratujemy rannych. Gdyby nie uczestnictwo misjach w Afganistanie i Iraku naszych medyków wojskowych razem z Amerykanami, myślę że dalej opaska uciskowa opatrunki hemostatyczne, metody fizycznej okluzji dużych naczyń w przypadku krwotoków zewnętrznych byłyby dla nas czymś nieznanym. Tymczasem właśnie na podstawie doświadczeń wojennych opracowuje się nowe techniki działań czy to polowego przetaczania krwi, czy polowego oznaczania grup krwi, systemów autotransfuzji. Tego trzeba się nauczyć, bo w cywilnych warunkach, w szpitalach nie ma ani takich przypadków, ani takich potrzeb. A przynajmniej są niezmiernie rzadkie i na etapie badań.

Będziecie czerpać wiedzę z doświadczeń wojskowych medyków w Ukrainie?  

Śląski Uniwersytet Medyczny współpracuje z Jednostką Wojskową Komandosów z Lublińca, którzy przekazują wiedzę pola walki głównie od Amerykanów. Dzięki współpracy z ukraińskimi medykami wojskowymi ta wiedza wciąż jest poszerzana. Na przykład okazuje się, że największa różnica między wcześniejszymi konfliktami zbrojnymi, a wojną w Ukrainie to kwestia ewakuacji medycznej. W czasie wojny w Afganistanie lub Iraku, gdy żołnierz był ranny, leciały po niego dwa śmigłowce, obstawa medyczna i wojskowa. I ewakuacja trwała godzinę lub dwie. Teraz w Ukrainie ewakuacja odbywa się od kilku godzin do nawet kilku dni. Dlatego duży nacisk kładzie się na tzw. przedłużoną opiekę nad rannym. Medyk wojskowy, uczy się więc nie tylko zaopatrywania ran, ale  wręcz intensywnej terapii polowej, czyli jak żywić rannego pacjenta, jak zadbać o  jego rany, o profilaktykę zakażeń, o nawodnienie, cewnikowanie. Wszystko aby poszkodowanego jak najdłużej utrzymać  przy życiu do czasu ewakuacji. Bywa, że to czekanie z rannym lub rannymi ukrywając się w ziemiance trwa bardzo długo.

 To, że na wojnie, na pierwszej linii frontu, potrzebni będą chirurdzy i anestezjolodzy to wiadomo, ale jak przydadzą się lekarze innych specjalności albo …dentyści?

Cała idea polega na tym, żeby uczyć każdego medyka rozszerzania  swoich umiejętności. Nieważne czy specjalnością lekarza jest ginekologia, dermatologia albo radiologia, to jeśli będzie taka potrzeba na froncie, w punkcie stabilizacyjnym, będzie  zszywał rany  czy drenował klatkę piersiową. To są sytuacje kryzysowe i na nie musimy być przygotowani.  Nikt wprawdzie w kilka godzin nie zrobi chirurga z ginekologa lub dermatologa, ale nie o to chodzi. Pewnie podstawy radzenia sobie w sytuacjach ratowania życia są niezbędne. Medycyna pola walki zakłada gradację działań. Ma przede wszystkim przerwać łańcuch umierania na danym poziomie. Żołnierz w okopie nie zrobi czynności takich jak w pierwszym punkcie stabilizacyjnym, ale ma przeżyć, żeby tam dotrzeć.  Czyli na miejscu, w okopie trzeba odbarczyć odmę prężną, zatamować krwotok, udrożnić drogi oddechowe itp. Podstawowy cel – ewakuować rannego do punktu wyżej, gdzie czekają specjaliści i ich rola polega na  zaopatrzeniu medycznym pacjenta, zrobieniu np. laparotomii czy torakotomii lub poradzić sobie z hipotermią i umieć przetoczyć krew aby bezpiecznie przekazać go transportem specjalistycznym do poziomu wyżej. Tak już to działa w Ukrainie. Jest medyk polowy, ewakuacja medyczna, punkt stabilizacyjny, gdzie przeprowadza się chirurgię polową i  poszkodowany żołnierz przekazywany jest dalej aż do rehabilitacji.

A dentyści też się przydadzą?

Jest przecież stomatologia polowa. Pierwsza pomoc stomatologiczna jest bardzo ważna, bo jeśli jej nie ma, to ostry stan stomatologiczny wyklucza żołnierza z działania. Będziemy więc uczyć znieczulania w warunkach polowych stosowania szybkiej antybiotykoterapii, zmniejszania bólu itp. To nie jest nasz tylko pomysł, ale to właśnie Amerykanie naciskają aby przedłużona opieka nad rannym była jak najbardziej kompleksowa. Zatem dentyści będą na polu walki tak samo niezbędni jak okuliści, laryngolodzy i inni specjaliści. Celem medycyny pola walki jest  nie tylko uratowanie życia człowieka, ale także jak najszybsze przywrócenie żołnierza do walki

Podobno medyk cywilny nie jest w stanie, bez odpowiedniego przeszkolenia, szybko odnaleźć się w środowisku pola walki. Czego im brakuje?

Uczestniczyłem w misjach humanitarnych i nieraz w różnych częściach świata ratowaliśmy ludzi po wojnach, katastrofach, zdarzeniach z masowymi ofiarami. I wiem, że nie każdy lekarz nadaje się do pracy w ekstremalnych warunkach. Zresztą już na studiach można zaobserwować kto ma jaki temperament i w jakiej specjalizacji się dobrze odnajdzie. W sytuacjach szybko zmieniającego się stanu zdrowia pacjenta, w trudnych warunkach zewnętrznych, gdy trzeba podejmować błyskawicznie decyzje, praca lekarza ratownika różnić się będzie od np. spokojniejszej pracy radiologa. W trakcie symulacji medycznej widzę wśród studentów osoby, którym takie działania szybko i łatwo przychodzą i takie, których to przerasta. I to normalne. Dla lekarzy na polu walki ważne jest też doświadczenie taktyczne oraz  znajomość wojskowych procedur i zasad współpracy z żołnierzami. Ta część studiów będzie prowadzona przez komandosów. W warunkach bojowych bowiem, w strefie czerwonej pod ostrzałem, najważniejsze jest zrealizowanie celu. Nigdzie tam nie jest bezpiecznie, a punkty stabilizacyjne daleko i wtedy znajomość wojskowej taktyki, umiejętność zachowania się w trakcie ataku jest niezbędna i wiele razy może uratować życie.

 Myśli pan, że lekarze z dyplomami uniwersyteckimi, swoimi lekarskimi osobowościami i  często niełatwymi charakterami, będą chcieli pokornie uczyć się od komandosów?

To kwestia świadomości i gotowości przygotowania się do tego, co może nadejść. Wszystko zależy od ego człowieka. To są studia podyplomowe, fakultatywne. Zapisują się na nie osoby dobrowolnie, wiedzą czego się spodziewać, są przygotowane na różne sytuacje nawet niekomfortowe. Przecież nikt nie babrałby się w błocie, gdyby nie istniało potencjalne zagrożenie. Zatem lepiej swoje ego schować do plecaka i nauczyć się tego wszystkiego teraz, niż ad hoc w trakcie wojny .

Po zachwytach, że Śląski Uniwersytet Medyczny wprowadził pierwsze w kraju studia  medycyny  pola walki, może przyjść rozczarowanie, gdy okaże się, że to nie będą wygodne studia, że trzeba będzie się nieźle spocić na poligonie.

To jest wyzwanie dla obu stron. Dla uczelni i jednostki wojskowej to olbrzymie wydarzenie, potężne logistyczne zadanie. Zajęcia odbywać się będą na poligonie, w górach, w trakcie zimy z pełnym oporządzeniem, w kamizelkach kuloodpornych. Medyk polowy musi umieć „rozpakować” rannego żołnierza, czyli wiedzieć jak się zdejmuje jego ekwipunek, jak go rozbroić prawidłowo i bezpiecznie, jak zdjąć hełm lub mundur. Jak się nie zna zasad „rozpakowania” żołnierza, to aby dotrzeć do jego ciała marnowany jest cenny czas. Dlatego  lekarze będą musieli poznać te warunki. Zwieńczeniem studiów będzie kilkudniowa symulacja medyczna, podczas której studenci będą prowadzić działania zarówno z medycyny pola walki jak i przedłużonej opieki medycznej. Będą działać pod okiem instruktorów w dzień, w nocy, w śniegu, deszczu, w miejscach trudno dostępnych, w reżimie światła. Nie zakładamy, że ktoś nie zaliczy tych zadań. Zresztą tu nie o oceny i zaliczenia chodzi. Te umiejętności przydadzą się nie tylko na wypadek wojny, ale także podczas katastrof, wydarzeń z masowymi ofiarami. To będą sprawdzeni i przeszkoleni medycy z wojskowymi umiejętnościami.

 

 

Słuchaj rozmów w formie podcastu

ProMedico - Słuchaj rozmów w formie podcastu