25 września 2025
Po kolejnym obejrzeniu Ulimatum Bourne’a żona miała ciekawą refleksję – po co tworzone są takie filmy. Dlaczego w mainstream’ie produkcji filmowych z takim powodzeniem kasowym (czyli dużym box office) pojawiają się kolejne filmy gangsterskie, katastroficzne, dramaty psychologiczne, komedie, romanse i oczywiście filmy akcji, w których bohater, sam przeciw wszystkim, walczy z przeważającymi siłami wcielonego zła bez wsparcia brzydkiego, skorumpowanego świata polityki, wywiadu, policji i służb bezpieczeństwa?
Może jest to proces nieprzypadkowy, celowy, mający w przypadku Bourne’a czy Bonda zatrzymać nas w domu przed ekranami, w strefie komfortu gdy tymczasem superbohaterowie zmieniają za nas świat (bo gdzie nam do nich) i bronią nas przed złem ziemskim i kosmicznym. Gdzie nam do nich a zarazem w trybie biernym utożsamiamy się z nimi i przez ostatnio coraz częściej dłużej niż dwie godziny siedzimy z zapartym tchem w pełni solidaryzując się z walką dobrych ze złymi i sekundując im w ich działaniach? Może to nie przypadek, że świat realny zamyka nas coraz bardziej w domach, a nasi bohaterowie grani przez świetnie opłacanych aktorów (którzy sam nie wiem co robią ze swoimi pieniędzmi, patrząc na autobiograficzny i poruszający dokument nakręcony ostatnio przez Val’a Kilmer’a, w którym aktor przyznaje, że żeby zrealizować swój życiowy projekt odgrywania Mark’a Twain’a na scenie musiał sprzedać rodzinne rancho i nie ma z czego żyć) żyją życia, które sami chcielibyśmy (a nawet powinniśmy?) żyć?
Czy wybór treści naszego życia ma sprowadzać się do tego jaki film o życiu dziś obejrzę? Czy nie jest to aby akcja w stylu: wy siedźcie sobie w domu a my wszystko za was zrobimy i dostarczymy wam gotowe produkty do konsumowania? Naiwnie brzmi już pytanie: czy kultura masowa nie stała się fast food’em i kolejnym produktem na półce konsumpcjonizmu?
Oferta pasywnego życia rośnie z każdym rokiem, do czego przyczynia się również medycyna, a w szczególności i sama psychiatria. Jesteś otyły – weź to, masz problemy z potencją – weź tamto, jesteś zmęczony – weź coś stymulującego twoje mitochondria, nie masz napędu – weź psychostymulant, a jeżeli przygnębia cię pustka w życiu – weź coś zobojętniającego lub poprawiającego nastrój. Nudzisz się, ale nie chce ci się zmieniać swojego życia i pisać screen-play, w którym odgrywałbyś główną rolę – masz, zrobimy to za ciebie. Oczywiście nie za darmo. Nudzisz się, masz niezaspokojone potrzeby – nie musisz nic robić, zapal marihuanę – zniknie zmęczenie, ból życia i depresja, weź psylocybinę – zniknie każda trauma, włącznie z traumą frontową. I tak dalej. Czy tak ma być dalej?
Z trwogą obserwuję w jaki sposób ogromnie zyskowny rynek narkotykowy wykorzystuje psychiatrię jako boczne drzwi do wprowadzania narkotyków o czystości farmaceutycznej na legalny rynek, na którym lekarz staje się sklepikarzem medycznego cudu. Czy naprawdę ktoś rozsądny kupuje argument, że jeżeli mam zespół stresu pourazowego i naćpam się i odpłynę w sztuczny świat przeżyć, to w ten sposób leczę traumę i dokonuje się to co powinienem zrobić sam – przetworzyć poznawczo emocje i zmetabolizować trudne doświadczenie do mentalnej refleksji, uwalniając się od wyobrażonej traumy zagnieżdżonej w umyśle?
Okazuje się że urzędy rejestracji leków kupują ten argument, a potem my będziemy to sprzedawać. Widzę dwie możliwości interpretacji promocji pasywnego życia. Jedna sięga spiskowych teorii dziejów i tłumaczy, że wszystkie opisane zjawiska są częścią zaplanowanej logicznej i kontrolowanej strategii, w której wiedza o człowieku, jego uwarunkowaniach emocjonalnych i mentalnych, określanych kulturą, oraz liczne i znane od starożytności słabości i wady ludzkie są wykorzystywane żeby sterować życiem cywilizacji w kierunku – obawiam się, głównie tworzenia globalnego rynku na produkty wytwarzane przez coraz bardziej monopolistyczne korporacje międzynarodowe, patentujące wszystko z DNA roślin włącznie. W ten sposób gatunek ludzki staje się producentem energii i obrotu finansowego uprawianym przez taki superinteligentny ośrodek władzy działający w cieniu dużych szyldów i brand’ów.
W przeludnionym świecie kurczą się możliwości indywidualnego rozwijania kształtu życia i jednostka ludzka ma do wyboru jak w legii cudzoziemskiej – maszeruj (z nami) albo giń. Ciągle jeszcze można wyjechać w jakieś miejsce na Ziemi gdzie można przeżyć dzień za 10 USD i nie zostać stratowanym przez mastodonta globalnej gospodarki. Miejsc tych jest niestety coraz mniej, ponieważ poniekąd szczęśliwi ludzie żyjący teoretycznie w biedzie, ale uśmiechnięci i długowieczni z zazdrością spoglądają na liczbę gadżetów produkowanych przez cywilizację zachodu i jak na Zachodzie – porywa ich hasło – każdy może to mieć. Następuje więc przyśpieszenie rozwoju gospodarczego, napędzane przez ludzi głodnych sukcesu i dóbr konsumpcyjnych, a już w drugim pokoleniu widać dekadencję, nasycenie, tycie i pojawianie się typowych efektów konsumpcjonizmu – chorób metabolicznych, zaburzeń osobowości u dzieci i wszelkich uzależnień. Ale nowy wspaniały świat dokonał jeszcze jednego podboju i karczuje lasy lokalnej kultury zamieniając wszystko w fast food’owy fotoplastykon.
Druga interpretacja jest z gatunku dreszczowców. Nikt tego wszystkiego nie kontroluje, to chaos interesów gospodarczych różnych obozów, pełnych różnić ideologicznych i politycznych. Trwa wojna gospodarcza i finansowa o władzę i nikt nie jest w stanie przewidzieć jak długo to jeszcze potrwa i nikt nie wie do czego to prowadzi. Jedziemy wtedy na grzbiecie rozpędzonego wielkiego mastodonta masowej gospodarki, który zamiast patrzeć na zbliżające się przeszkody i adaptować się żeby przetrwać ogląda coś na YouTube lub gra w grę opartą o coraz bliższy rzeczywistości scenariusz Terminatora i Doom’a.
Można oczywiście wysiąść i zacząć my-own-life, bez gotowych odpowiedzi, zadając sobie na każdym kroku pytanie: czy ja tego chcę. Pomimo lansowanej przez subkultury religijne epoki wodnika, która ma sprzyjać odchodzeniu ludzi od potrzeb biologicznych ku rozwojowi niedefiniowalnego życia duchowego nie widzę pojawiania się na świecie zapowiadanych złotych dzieci i inspirujących świadomych aktów dezercji. Tej opcji kultura masowa przypina zbankrutowaną etykietę utopii, ale jeżeli mamy ochotę na jej dwugodzinny seans możemy iść na Wonka, wyprutą z głębi przemyśleń Franka Herberta ekranizację następnej części Diuny albo czekać bez końca na kolejną książkę o Harrym Potterze.
Najnowsze artykuły
Popularne
Słuchaj rozmów w formie podcastu














