14 lipca 2025
Bezpośredni kontakt z wymiarem sprawiedliwości, nawet w charakterze świadka, jest dla wielu osób, w tym lekarzy, zdarzeniem stresującym. Nie każdy potrafi udźwignąć w tej sytuacji ciężar odpowiedzialności wynikający z pełnionej w instytucji, czy też zespole funkcji. Jako biegli z zakresu medycyny, zapoznając się z kolejnymi tomami akt, możemy obserwować pełne spektrum ludzkich zachowań, co chciałbym zilustrować dwoma przykładami, które szczególnie utkwiły mi w pamięci.
W pierwszej sprawie bliscy zmarłego swoje roszczenia kierowali przede wszystkim względem lekarza rezydenta, który był lekarzem prowadzącym. Przesłuchiwany w charakterze świadka ordynator oddziału szpitala wojewódzkiego w pełni potwierdził fakt pełnienia nadzoru nad procesem diagnozowania i leczenia chorego prowadzonym przez młodszego kolegę. Nie wypierał się współodpowiedzialności. Stwierdził m.in. „Postępowanie lekarskie było konsultowane ze mną jako ordynatorem oddziału. Z zakresu moich obowiązków wynika, że każde leczenie i sposób postępowania jest konsultowane z ordynatorem, niezależnie od tego, czy lekarz prowadzący ma specjalizację, czy nie.”
W drugiej sprawie doszło do śmiertelnego powikłania leczenia rzadkiego schorzenia. Ośrodek o najwyższym stopniu referencyjności, wykonujący specjalistyczne zabiegi jako jeden z nielicznych ośrodków w kraju, klinika uniwersytecka. Przesłuchiwany kierownik tej kliniki, jeden z najbardziej znanych profesorów w zakresie swojej specjalizacji, „nagle” zapomina, nie kojarzy, mimo, że uczestniczył w diagnozowaniu, a także leczeniu („To wszystko, co mam do zeznania w tej sprawie.”). Nie staje za swoim pracownikiem.
Obie sprawy ostatecznie umorzono, ponieważ nie stwierdzono „błędu medycznego”. Czytelnicy mogą się domyślić, z którą postawą spotykamy się częściej w swojej praktyce opiniodawczej. Zdanie: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” pozostaje aktualne.
Najnowsze artykuły
Popularne
Słuchaj rozmów w formie podcastu














