09 grudnia 2025
Na podstawie wieloletnich obserwacji efektów kolejnych reform, mających w założeniach przyniesienie uzdrowienia ochronie zdrowia w zakresie poprawy warunków opieki nad chorymi, odnoszę wrażenie, że to majstrowanie (a może tylko majsterkowanie) ma na celu wyłącznie usprawiedliwienie braku jakiegokolwiek pomysłu dającego chociażby cień szansy na zmiany strukturalne w ochronie zdrowia.
Proponowane reformy mają nierzadko wręcz charakter pozorowany, a sprzedawane w mediach (bo przecież wreszcie coś się robi!) pokazywane są jako głęboko poprawiające opiekę nad chorym, często po napiętnowaniu bezdusznego (czytaj: zarabiającego krocie na nieszczęściu chorego) białego personelu. Jakaż to prosta i piękna demagogia! A po jakimś czasie przychodzą nowi decydenci, pamięć o reformach przemija, względnie te już wdrażane – uznawane są za błędne, a w miejsce złych i zapomnianych proponowane są kolejne niemniej wspaniałe pomysły w temacie usprawnienia opieki nad chorym. I tak kręcąc się, zabawa (pn. kolejna reforma), wciąż trwa.
Zastanowić się tylko wypada kogo za niepowodzenie reform należy uznać winnym. Czy decydentów na poziomie politycznym, czy też osoby, które zostały przez tych decydentów powołane do zrealizowania wspomnianych reform. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli do pytania o merytorycznie przygotowane i co nie mniej istotne – odpowiedzialne kadry. Czy przypadkiem ideologia biznesu (o czym pisałem w poprzednim felietonie) nie wyparła już prawie całkowicie idei Hipokratesa, o których to całe rzesze urzędników zawiadujących samą służba zdrowia jak i jej zasobami po prostu nie mają pojęcia. Bo najważniejsze są przecież słupki.
Ostatnio wiele mówiło się o odpolitycznieniu ochrony zdrowia. Jednak moje obserwacje wskazują, że poza kosmetycznymi zmianami na szczytach zarządzania, na poziomie wojewódzkim czy powiatowym daleko jeszcze do poprawy. A kwestie merytoryczne pozostają tutaj w dalszym ciągu drugoplanowymi. Ludzie (czytaj pacjenci) przecież oczekują zmian i to najlepiej natychmiast. A to sprawia, że zarządzający placówkami służby zdrowia (tymi uspołecznionymi oczywiście), uzależnieni jednak w dalszym ciągu politycznie, bojąc się utraty stanowisk i jednocześnie chcąc przypodobać zwierzchnikom, postępują tak by jak najdłużej utrzymać się u władzy. Ukrywają przy tym nierzadko popełniane przez siebie błędy w zarządzaniu. Przecież w końcu może uda się uwiarygodnić swoją nieomylność. Lepiej przecież być magistrem niż ministrem.
Ukrywanie to, poparte nierzadko negatywnymi emocjami, wręcz strachem, odbywa się głównie na zasadzie forsowania własnej narracji (dyrektora, menadżera) ukierunkowanej głównie na zwyczajne wmawianie czegoś komuś. No bo przecież za wykonanie kontraktu w ramach NFZ –u odpowiedzialni są lekarze, a to że nie ma nierzadko narzędzi i warunków do jego wypełnienia (dlaczego?), to już pozostaje starannie ukrywaną tajemnicą (na szczęście do czasu). A stąd, nawet pomimo istnienia najbardziej logicznych i racjonalnych argumentów, prosta droga do obarczenia białego personelu odpowiedzialnością i winą za zjawiska, na które nie miał on żadnego wpływu. Manipulacja! – jakież to piękne słowo. To pozwala z kolei – manipulując faktami za wszelka cenę realizować określony cel lub wartość (np. reorganizację strukturalną placówki służby zdrowia), przy wykorzystaniu środków niekoniecznie uznanych za etyczne i uczciwe. Tu nieważne są obiektywne argumenty, ważna jest tylko chęć osiągniecia założonego celu i to bez względu na koszty, nierzadko oparte na trudnych, czy wręcz niemożliwych do zaakceptowania rozwiązaniach.
Przygotowując się do napisania tego felietonu przeczytałem m.in. opowieść o lekarzu, dyrektorze i ministrze, która ukazała się w 2025 roku pt. Zembala. Szpital to ja…. Opowieść ta skłania czytelnika do znacznie szerszych refleksji, niż tylko do oceny jednego życia. Profesor był przede wszystkim lekarzem, który uratował wiele istnień ludzkich, dyrektorem – pewnie z konieczności, zaś ministrem – z przypadku. W każdej z tych ról – lekarza, dyrektora, ministra – z pewnością popełniał błędy, błędy które w większości wynikały w moim odczuciu z zatracenia się w pracy dla chorego, ale także chęci pomocy lekarzom i pielęgniarkom. Być może jako dyrektor popełnił ich najwięcej. Ale z pewnością nie dla kariery, pieniędzy i strachu przed „kimś z góry”. On nie był z zawodu dyrektorem.
Natomiast w domu wpajano mi zasadę, by o zmarłym mówić albo dobrze, albo wcale. I może dlatego pozwolę sobie zacytować Stanisława Strońskiego z 1922 roku (Rzeczpospolita) po tragicznej śmierci Prezydenta RP Gabriela Narutowicza – Ciszej nad tą trumną.
Najnowsze artykuły
Popularne
Słuchaj rozmów w formie podcastu














