15 września 2025
“Opowiedz mi swoją przeszłość, a ja powiem ci, jaka będzie twoja przyszłość” – to stwierdzenie zawiera wiele prawdy, szczególnie w odniesieniu do kwestii bezpieczeństwa i obronności państwa. Skłania też do smutnej refleksji, że nie potrafimy w pełni korzystać z tej konfucjuszowskiej mądrości. Latem 1935 r. polski rząd i władze wojskowe rozpoczęły opracowanie podstaw “planu mobilizacyjnego W”, który wszedł w życie w maju 1938 r. Zdaniem współczesnych historyków, ten plan zaliczał się do najlepszych na świecie. Ściśle i drobiazgowo określał sposób i tryb przeniesienia sił zbrojnych i potencjału państwa z warunków pokojowych na wojenne oraz określał przygotowanie gospodarki i administracji państwowej do prowadzenia działań wojennych. Pomimo całej swojej fachowości miał jeden zasadniczy mankament, zarówno logistycznie jak i militarnie szykował nas do wojny, która miała przebiegać podobnie jak miniona. Niestety rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te założenie.
Odradzające się po 123 latach niebytu państwo polskie stanęło przed koniecznością stworzenia całości z trzech absolutnie różnych części byłych zaborów. Jednym z głównych priorytetów było zapewnienie społeczeństwu należytej opieki zdrowotnej. Przez 20 lat niepodległości i samodzielności Polska mogła pochwalić się sukcesami w każdej dziedzinie życia, jednak był to zbyt krótki okres czasu aby zrealizować wszystkie założone cele. W 1937 r. prezes NIL prof. Mieczysław Michałowicz przemawiając w Senacie przed Komisją budżetową wypowiedział prorocze słowa: “lekarz będzie niezbędnym czynnikiem, łagodzącym skutki przyszłej wojny, (…) będzie jednym z bardzo ważnych warunków jej wygrania”.
Silni, zwarci i gotowi!
Od pierwszych dni odzyskania niepodległości priorytetem była silna armia, której celem było obronić nasze granice i zapewnić bezpieczeństwo. Jednym z jej głównych filarów była wojskowa służba zdrowia, dbająca nie tylko o stan zdrowotny żołnierzy, ale także o wyszkolenie przyszłych kadr medycznych. W odrodzonej armii liczba lekarzy była znikoma, a poziom tych, którzy przychodzili z armii zaborczych był różny, choć wszyscy mieli doświadczenie z wielu różnych pól bitewnych Wielkiej Wojny. Bardzo ważną rolę w obu tych dziedzinach odegrał słynny Szpital Ujazdowski, gdzie poza działalnością stricte medyczną, od 1922 roku w jego zabudowaniach mieściło się centrum kształcenia lekarzy wojskowych (pod różnymi nazwami Wojskowa Szkoła Sanitarna, Oficerska Szkoła Sanitarna, Szkoła Podchorążych Sanitarnych, Centrum Wyszkolenia Sanitarnego). Międzywojnie było dla Ujazdowa czasem największej świetności. Chrzest bojowy, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, Ujazdów przeszedł w czasie Bitwy Warszawskiej. Jako główny szpital wojskowy, posiadający 18 oddziałów (w tym 5 zakaźnych), przyjmował wszystkich rannych i chorych, których lokowano w 30 osobowych salach. Oprócz drobnych zabiegów, w trudnych wojennych warunkach, lekarze przeprowadzali w nim także skomplikowane operacje, nawet trepanacje czaszki.
Ujazdów stał się miejscem zakwaterowania i szkolenia oficerskiego studentów medycyny, którzy swój czas dzielili na naukę teoretyczną na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Warszawskiego, praktykę w Szpitalu Ujazdowskim oraz typowe wojskowe zajęcia w podchorążówce. Szkoła oprócz przygotowania medycznego i taktycznego, kształciła charaktery pod kątem dyscypliny, szybkiego reagowania w sytuacjach ekstremalnych oraz – mówiąc językiem współczesnym: odporności na stres. Stawiano nie na ilość, ale na jakość. O elitarności tego miejsca świadczą dane statystyczne. W 1932 r. do Szkoły Podchorążych Sanitarnych aplikowało 623 osoby, a przyjęto ich tylko 60! Ujazdów do 1939 r. doskonale wykształcił ok. 500 lekarzy. Oprócz Ujazdowa, wojsko posiadało 10 dużych okręgowych szpitali wojskowych, świetnie wyposażonych w nowoczesny sprzęt, jak i fachową kadrę.
Lekarze na skrzydłach
Obok kształcenia znakomicie rozwijano nowoczesny transport sanitarny. Dziś trudno w to uwierzyć, ale dzięki lekarzom wojskowym w okresie międzywojnia Polska stała się pionierem w zakresie lotnictwa sanitarnego na świecie. Przyczynił się do tego stanu ogrom zniszczeń wojennych, fatalny stan dróg, który uniemożliwiał transport chorych i rannych wozami konnymi i samochodami sanitarnymi oraz mało rozwinięta infrastruktura kolejowa. Zagorzałym zwolennikiem takiego rozwiązania był płk dr Felicjan Sławoj-Składkowski, Inspektor Departamentu Służby Zdrowia Ministerstwa Spraw Wojskowych (późniejszy generał, szef tego departamentu i premier). Pierwszym takim samolotem był Hanriot XIV przekazany 14 września 1925 r. Pułkowi Lotniczemu. Dzięki odpowiedniej propagandzie i ofiarności społeczeństwa do 1928 r. udało się zakupić 14 tego typu maszyn (do 1933 r. zabezpieczały bezpieczny transport 207 chorych i rannych). W latach 30. medycyna lotnicza osiągnęła punkt kulminacyjny. Ówczesny Szef Departamentu Zdrowia MSW gen. dr Stanisław Rouppert oparł transport lotniczy na rodzimych technologiach i doczekaliśmy się „Lublina XVI bis”, który w 1933 r zdobył pierwszą nagrodę na Międzynarodowej Wystawie Lotnictwa Sanitarnego w Madrycie. Samolot osiągał prędkość 107 km/h, był przystosowany do transportu 2 chorych leżących, jednego siedzącego oraz lekarza lub pielęgniarki. Idąc za ciosem, w 1938 r. wprowadzono do eksploatacji nowy typ samolotów RWD-13S i LSW-2, które uważano za najbardziej nowatorskie w Europie poprzez zastosowanie możliwości zrzutu na spadochronie 18 kg leków lub żywności. Wojskowe samoloty sanitarne nie były wyłącznie dla wojska. Służyły także pacjentom cywilnym, a koszt transportu był równoważny cenie biletu 2 klasy PKP.
Kula u nogi
O ile wojskowa służba zdrowia miała się dobrze, to cywilna była w trochę gorszym położeniu. Tradycyjnie stan lekarski był kulą u nogi dla rządu z wiecznie „dziurawym budżetem”. Nawet postulat lekarzy cywilnych w sprawie reaktywowania zlikwidowanego w 1924 r. Ministerstwa Zdrowia Publicznego, który konsolidował by przygotowania na wypadek wojny tej grupy medyków, nie spotkał się z aprobatą rządu (w tym czasie służba zdrowia podlegała siedmiu różnym ministerstwom). W okresie przedwojennym adepci medycyny kształcili się na wydziałach lekarskich pięciu uniwersytetów: w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Wilnie i we Lwowie. Dostęp do upragnionego indeksu ograniczały limity miejsc i ustawa o szkolnictwie wyższym wprowadzająca opłaty za naukę (wpisowe, czesne, opłaty za ćwiczenia, seminaria i egzaminy oraz dostęp do zasobów biblioteki). Pomimo, iż statystycznie wszystkie wydziały lekarskie kończyło ok. 900 osób, to po uwzględnieniu umieralności, wyjazdów, pracy naukowej i administracyjnej, rocznie przybywało w Polsce ok. 400 wykwalifikowanych lekarzy! Taki stan rzeczy wynikał także z obowiązku (w ciągu trzech lat od daty otrzymania dyplomu) odbycia jednorocznej praktyki szpitalnej: 9 miesięcy w klinikach uniwersyteckich, szpitalach wojskowych lub zakładach leczniczych (uznanych przez Ministra Opieki Społecznej za nadające się do tego celu) na oddziałach: chirurgii (!), chorób wewnętrznych i położniczym (po trzy miesiące na każdym). Ostatnie trzy miesiące praktyki dawały dowolność: albo inny wybrany oddział, albo praca w uniwersyteckim zakładzie higieny, medycyny sądowej, państwowym zakładzie higieny czy medycyny zapobiegawczej.
W czasie praktyki przyszły medyk musiał obowiązkowo przejść przeszkolenie w zakresie ratownictwa i obrony przeciwgazowej na kursach organizowanych przez Ministra Spraw Wojskowych. Słuchacze, którzy uczęszczali na wszystkie wykłady i ćwiczenia nie mieli obowiązku zdawania egzaminu, pisali jedynie referat na określony przez kierownika kursu temat. W gorszej sytuacji byli ci, którzy nie uczęszczali na kurs regularnie, albo napisali referat z oceną niedostateczną. Ci mieli obowiązek zdać egzamin ustny teoretyczny i praktyczny oraz pisemny (referat na żądany temat) przed specjalnie powołaną wojewódzką komisją egzaminacyjną. Duża część lekarzy cywilnych odbywała szkolenie wojskowe w Centrum Wyszkolenia Sanitarnego, zdobywając niezbędne oficerowi praktyczne doświadczenie i wiedzę. To zapewniało na wypadek wojny istnienie realnych, dobrze przygotowanych rezerw kadrowych wojskowej służby zdrowia.
Panny z dobrych domów
Doświadczenia z I wojny zdobyte w szpitalach przez lekarzy uświadomiły im, jak bardzo ważne w opiece nad chorymi jest pielęgniarstwo. Postulowano zatrudnienie w szpitalach dobrze wykwalifikowanych osób świeckich w zamian za usunięcie pielęgniarek zakonnych, które nie do końca legitymowały się fachową wiedzą. W 1918 r. szacowano, że nasz kraj potrzebuje odpowiednio w stosunku do mieszkańców ok. 15 tysięcy pielęgniarek! W odpowiedzi na postulaty środowiska lekarskiego zaczęły powstawać profesjonalne szkoły dla pielęgniarek (okres edukacji od 2 do 2,5 roku). Kursantki dobierano bardzo starannie. Pochodziły z tzw. „dobrych domów” i musiały cieszyć się nienaganną opinią. Duży udział w powstaniu tych placówek miał Amerykański Czerwony Krzyż i Fundacja Rockefellera (zagraniczne stypendia dla najlepszych uczennic). Do końca 1925 r. funkcjonowały cztery szkoły: Wyższa Szkoła Pielęgniarek i Higienistek w Poznaniu, dwie Szkoły Pielęgniarstwa w Warszawie (jedna z nich była najlepszą w Europie!) oraz Uniwersytecka Szkoła Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. W 1929 r. z pomocą Polskiego Czerwonego Krzyża otwarto szkołę w Katowicach, a później jeszcze dwie w Poznaniu, jako ostatnia dołączyła szkoła we Lwowie (1938 r.). Zamiar utworzenia takich nowoczesnych placówek w Wilnie i na Górnym Śląsku nie został niestety zrealizowany. Warto dodać, że w 1935 r. Sejm uchwalił pierwszą w historii ustawę regulującą zasady dotyczące pracy, edukacji, umiejętności i wiedzy medycznej pielęgniarek. Wg. źródeł w 1938 r. zawodowo pracowało 6674 pielęgniarek, z których niespełna co 5 posiadała dyplom szkoły pielęgniarskiej (na 10 tys. mieszkańców przypadały tylko 2 pielęgniarki). Ich działalność podczas wojny to wyraz niezwykłego humanitaryzmu, poświęcenia i bohaterskiego patriotyzmu. Wojny nie przeżyło ok. 30% polskich pielęgniarek.
Służby pomocnicze
W budowaniu struktur sanitarnych w okresie międzywojnia swój duży udział miał Polski Czerwony Krzyż. Oficjalnie, jako organizacja użyteczności publicznej, działał od kwietnia 1919 r. (pod nazwą Polskie Towarzystwo Czerwonego Krzyża, od 1927 r. jako Polski Czerwony Krzyż). Jego działania były ukierunkowane na potrzeby społeczeństwa: walka z epidemiami, pomoc sanitarna dla powstającego wojska, opieka nad inwalidami, jeńcami i repatriantami. Organizowano Izby Zdrowia, szpitale, a w miarę stabilizacji życia ustalono nowy program działania, który uwzględniał szkolenie pielęgniarek, ratowników czy doszkalanie nauczycieli. Stawiano na szeroko pojętą edukację. Od 1921 r. powstawały szkolne koła młodzieży PTCK (nauka pierwszej pomocy!). W latach 30 ustalono, że w razie wojny PCK zostanie podporządkowane Ministerstwu Spraw Wojskowych. PCK uzyskało w ten sposób dodatkowe środki na rozszerzenie działalności właśnie pod kątem szkoleń sanitarnych, zakładaniu drużyn ratowniczych, gromadzeniu sprzętu i leków itp. Mając odpowiednie środki w 1935 r. PCK powołała w Łodzi Centralną Stację Wypadkową z Ośrodkiem Przetaczania Krwi, a rok później w Warszawie utworzono pierwszy Instytut Przetaczania i Konserwacji Krwi. W 1939 r. PCK liczył ok. 850 tys. członków, z czego 50% stanowiła młodzież. Dysponował znaczną liczbą ratowników, pielęgniarek, instruktorów ratownictwa oraz zapasami materiałów opatrunkowych, leków i sprzętu sanitarnego. Łącznie prowadziło w tym czasie ok. 1300 placówek ochrony zdrowia i opieki społecznej. Wobec realnej groźby wybuchu wojny, na przełomie 1938/1939, PCK przeprowadziło bardzo sprawną reorganizację drużyn ratowniczych, tworząc 7 osobowe sekcje ratowniczo-sanitarne (dysponowali kadrą 60 tys. świetnie wyszkolonych ratowników!). Intensywnie prowadzono kursy przeciwgazowe dla lekarzy i personelu medycznego, a także szkolono setki tysięcy kobiet i młodzieży szkolnej na kursach pierwszej pomocy. W pierwszych dniach wojny PCK oddało do dyspozycji wojska znaczną część samochodów sanitarnych, 7 samolotów zakupionych dzięki ofiarności społeczeństwa, 180 szpitali oraz dziesiątki tysięcy przeszkolonych ochotników. Przy tak sprawnej organizacji nie dziwi fakt, że w ramach pomocy dla obrońców Warszawy w 1939 r. w kilka godzin sprawnie utworzono 200 punków sanitarnych.
Odrobić straty
Przez 20 lat niepodległości i samodzielności bardzo trudno było odrobić straty po 120 latach opóźnienia w stosunku do naszych sąsiadów. W 1939 r. w Polsce zarejestrowanych było 12917 lekarzy i 3686 lekarzy dentystów (dane za rok 1938; dla porównania: w 1921 r. w spisie figurowało 5548 lekarzy). Ten wzrost potwierdza wysiłek szkolnictwa wyższego w edukację, ale nie był powodem do zadowolenia. Co prawda w 1937 r. Ministerstwo Wyzwań Religijnych i Oświecenia Publicznego zwróciło się do NIL z zapytaniem o ile należy zwiększyć nabór na studia medyczne. Skrzętnie wykorzystano tą szansę i postulowano o zwiększenie naboru o 20%, aby doprowadzić do osiągnięcia 600 absolwentów rocznie. Postulat przyjęto, ale niestety było już za późno. Wspomniany już prof. M. Michałowicz zwracał uwagę na fakt, iż na wypadek wojny w Polsce brakuje co najmniej 6000 lekarzy. Wojsko dla swoich potrzeb miało zmobilizować około 55% lekarzy i lekarzy dentystów, a do tego aptekarzy oraz personel sanitarny. Oficerami i podchorążymi Wojska Polskiego w Korpusie Zdrowia było około 8 000 osób. Plan mobilizacyjny „W” uwzględniał wyłącznie mężczyzn do 60-roku życia. Starszych jak również kobiety można było powołać na mocy ustawy „o świadczeniach osobistych”. Wg. tego planu szacowano liczebność armii na ok. 1 350 000 czyli na jednego lekarza wypadało ponad 300 żołnierzy, to połowicznie zaspokajało potrzeby. Chęć powołania większej liczby lekarzy mogło drastycznie obniżyć poziom opieki medycznej ludności cywilnej, co z kolei mogło skutkować wybuchem epidemii, w konsekwencji czego mogło zagrażać siłom zbrojnym. Trochę większy sukces odnieśliśmy na niwie budowy szpitali i ośrodków zdrowia. Wynikało to głównie z podziału władzy pomiędzy rządem a samorządami terytorialnymi. Każde większe miasto rywalizowało ze sobą o palmę pierwszeństwa w rozwoju infrastruktury społecznej. I tym sposobem w 1938 r. w Polsce funkcjonowało 677 szpitali z 75 000 łóżek. Na marginesie: wtedy kraj liczył 264 powiaty i 611 miejscowości na prawach miejskich, czyli statystycznie stolice powiatów i ich okolice miały szpitale. W tej liczbie szpitali tylko 72 były państwowe, 283 było własnością i na utrzymaniu samorządów, 214 należało do organizacji i stowarzyszeń. Liczę zamykały szpitale prywatne – funkcjonowało ich 108 (były maleńkie, dysponowały łącznie 1971 łóżkami). Pod względem liczby łóżek byliśmy w „ogonie Europy”, ale pod względem dostępności i lokalizacji zajmowaliśmy dość przyzwoite miejsce. Nie da się zanotować takiego rozmachu przy budowie gminnych ośrodków zdrowia – w 1936 r. funkcjonowały 482 placówki (na 3195 gmin!). Było to wynikiem specyfiki zadań takich placówek. Przedwojenne ośrodki zdrowia miały otaczać opieką matkę z dzieckiem, zajmować się higieną dzieci w wieku szkolnym oraz opieką nad chorymi na tzw. choroby społeczne. Ośrodki zdrowia generowały więc koszty dla gmin, ale nie do końca spełniały zadania ochrony zdrowia. Były pomysłem na stworzenie miejsca pracy dla lekarzy, ale nie cieszyły się powodzeniem w środowisku (głównie ze względu na niskie pensje i mieszkanie na prowincji).
Post scriptum
“Plan mobilizacyjny W” nie przeszedł wrześniowej próby, bo w całej swojej szczegółowości nie przewidział tzw. wojny błyskawicznej, która w krótkim czasie doprowadziła do upadku Polski. Bez wątpienia na wysokości zadania, mimo beznadziejnej sytuacji frontowej, stanęli lekarze, lekarze dentyści i cały personel pomocniczy. Nie ma takiej skali, którą można by ocenić ich pracę, zaangażowanie, bezinteresowność, oddanie i bohaterstwo dla ratowania życia innych ludzi w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Przedwojenne szkolenia i ćwiczenia, działalność naukowa, publicystyczna, edukacyjna nie poszły na marne. Udało się zaszczepić młodym adeptom sztuki medycznej mocne podstawy zasad etyki, moralności i ogólnie pojętego poczucia obowiązku. Na wielki szacunek i pamięć zasłużyli lekarze, którzy ze względu na wiek nie podlegali mobilizacji, a mimo to zgłaszali się do służby, bo ojczyzna była w potrzebie. Ten największy konflikt w dziejach Polski zebrał ogromne żniwo. Wojny nie przeżyło ok. 50% lekarzy i lekarzy dentystów. Ginęli pod gruzami, w obozach koncentracyjnych i więzieniach. Szczególnie tragiczny był los lekarzy wojskowych wziętych do niewoli przez NKWD: ok. 1000 medyków zostało na zawsze w dołach Katynia, Miednoje i Bykowni.
Najstraszniejsza z dotychczasowych wojen rozpoczęła się 1 września 1939 r. o godz. 4.40 atakiem niemieckiego lotnictwa na Szpital Wszystkich Świętych w Wieluniu. W nalocie zginęły 32 osoby, zarówno ciężko chorzy pacjenci, jak i personel – to były jedne z pierwszych ofiar kampanii. Jak na ironię, znak Czerwonego Krzyża, który zgodnie z konwencjami międzynarodowymi powinien chronić, stał się dla hitlerowskich pilotów dobrym oznaczeniem celu. Nie było możliwości, żeby piloci nie wiedzieli na jaki obiekt zrzucają śmiertelny ładunek. Ale to już zupełnie inna historia.
Popularne
Słuchaj rozmów w formie podcastu















