15 maja 2025
Rozmowa z dr. n. med. Dawidem Szkudłapskim, gastrologiem, który jako woluntariusz leczy w Ośrodku Pomocy Medycznej dla Osób Bezdomnych w Chorzowie.

Co takiego się stało, że postanowił pan leczyć osoby bezdomne?
-11 lat temu zaczynałem swoją przygodę z medycyną od pracy w izbach przyjęć i w szpitalnych oddziałach ratunkowych, gdzie trafiali chorzy często zaniedbani i bezdomni. Widziałem, że nieraz docierali oni w ostatniej chwili z zawansowanymi poważnymi chorobami, bezradni, przestraszeni, brudni. Zastanawiałem się dlaczego tak jest i czy można coś zrobić, żeby im pomóc. Najczęściej były to osoby nieubezpieczone, bez dostępu do jakiejkolwiek opieki medycznej, bez możliwości dbania nawet o podstawową higienę. Kiedyś myślałem, że takim ludziom trzeba pomagać gdzieś w krajach Trzeciego Świata. Okazało się, że oni są tuż obok nas. I wtedy z prezesem fundacji „Podziel Się” postanowiliśmy działać. Poszukaliśmy woluntariuszy, lekarzy szczególnie wrażliwych na potrzeby ludzi w kłopotach, darczyńców i wspólnymi siłami założyliśmy w Chorzowie Ośrodek Pomocy Medycznej dla Bezdomnych. Jedyny taki w województwie śląskim.
Od razu przyszli bezdomni pacjenci?
-Od razu. Jakby czekali na nas. Zaczęliśmy pół roku temu i dziś jest z nami chirurg, internista, pielęgniarki, psycholog, a nawet stomatolog. Oczywiście potrzebujemy jeszcze więcej lekarzy woluntariuszy, bo niemal każdego dnia rośnie liczba bezdomnych potrzebujących naszej pomocy.
Pamięta pan pierwszego bezdomnego, którego pan przyjmował? Jakie były wtedy emocje?
-Emocje były i są. Nie wyobrażam sobie lekarza, który widząc pacjenta w ciężkim stanie klinicznym mógłby przejść obojętnie i nie zastanawiać się co można dla tego człowieka zrobić. Trudno mi powiedzieć, który z pierwszych dwudziestu chorych był tym pierwszym, ale to nieważne, bo każdy z nich od razu potrzebował lekarskiej pomocy. Niektórym natychmiast trzeba było organizować transport do szpitala, gdzie – jak wiadomo- nieubezpieczeni przyjmowani są tylko w sytuacji zagrożenia życia. Początkowo miała być to placówka ambulatoryjna świadcząca tylko porady , ale szybko okazało się, że potrzeby są większe. Teraz przychodzą bezdomni np. w skrajnym stadium zdekompensowanej niewydolności wątroby, z rozwijającymi się chorobami nowotworowymi, z którymi nic nie robią. I nie dlatego, że nie chcą, tylko nie mają dostępu do lekarza nie tylko pierwszego, ale żadnego kontaktu. Okazuje się, że to, co dla zwykłych ludzi wydaje się proste i oczywiste, dla nich staje się wręcz niemożliwe. Dlatego mogę powiedzieć, że to co robimy w ośrodku, to nie tylko praca, ale wręcz misja.
Czy można w takim miejscu mówić o relacji pacjenta z lekarzem? Czy oni wam ufają?
-W takim miejscu słowo zaufanie jest powiązane ze słowem godność. Staramy się stworzyć taką atmosferę aby ci ludzie czuli się w miarę komfortowo. Często to osoby zaniedbane higienicznie, uzależnione od alkoholu, osoby, które z tych powodów zostały obdarte z godności. Nie pytamy skąd przychodzą, ani dlaczego znaleźli się na tym zakręcie życiowym, tylko pytamy co ich boli oraz od kiedy wystąpiły rany na nogach lub rękach. Dopiero po chwili i jeśli sami tego chcą zaczynają opowiadać swoje historie. Wtedy możemy powiedzieć, że nabrali do nas zaufania i zwykle tak zaczyna się nasza relacja.
Pamięta pan te ich życiowe historie?
-Na przykład dwa tygodnie temu kolega pacjenta przywiózł na taczce, takiej zwykłej, z ogródków działkowych, chorego, który nie był w stanie dwóch kroków zrobić bo miał zaawansowane choroby wątroby i serca. Miesiąc temu trafił do nas pacjent, który miał na twarzy założoną maseczkę, a pod nią skrywał zaawansowany nowotwór, który drenował do kości szczęki. Widzieliśmy jak spod tej maski ropa kapie na podłogę. Koszmarny widok, zaawansowana infekcja, pacjent już nawet nie czuł bólu, bo nowotwór spowodował zmiany w obwodowym układzie nerwowym. Pytaliśmy go dlaczego tak długo czekał. Mówił, że szukał pomocy, ale mówiąc kolokwialnie, nie był w stanie zakwalifikować się na konsultację, ani też na izbę przyjęć bo choroba nowotworowa w tym miejscu ciała nie jest stanem zagrożenia życia. Trafił więc do nas. To pokazuje jak bardzo jesteśmy potrzebni.
Nie ma pan wrażenia, że wykonuje pracę syzyfową, bo cokolwiek zrobi, ci ludzie i tak wracają na ulicę?
A gdy pacjenci z otyłością lub z uzależnieniami, ale ubezpieczeni, wracają do lekarza, bo nie chcą nic zamieniać w swoim życiu, to jest to praca syzyfowa, czy nie? Taka już jest misja lekarza, że trzeba nieść pomoc nawet wtedy, gdy pacjent nie przestrzega zaleceń. W środowisku bezdomnych ważne jest aby pomóc tu i teraz i choćby tylko raz. Nie mamy możliwości ani ambicji aby organizować i zmieniać ich życie. Zajmujemy się ich zdrowiem. Sukcesem jest, gdy taki chory do nas wraca i chce dbać o siebie.
Jak sobie radzicie bez lekarstw? No bo cóż po takiej poradzie lekarskiej, gdy chorzy nie mają pieniędzy na wykupienie lekarstw?
– Załatwiamy je trochę w sposób karkołomny, ale jak się okazuje skuteczny. Dużo leków mamy od darczyńców lub sami je kupujemy, a zaprzyjaźniona apteka sprzedaje je nam bez marży. Ponadto mamy wsparcie firm farmaceutycznych, do których skierowaliśmy prośby o darowizny. I choć czasem rzeczywiście brakuje nam pieniędzy, nie wypuszczamy z ośrodka nikogo bez zaopatrzenia w leki i bez pomocy.
Czy podczas takiej wizyty rozmawiacie tak zwyczajnie jak lekarz z pacjentem? Chyba najpierw trzeba zacząć od ich umycia?
-Oni sami wiedzą, że muszą na wizytę przyjść przygotowanym i faktycznie najpierw korzystają z łazienki, mamy też awaryjną odzież. Podczas wizyt widać jak oni bardzo potrzebują zainteresowania nie tylko problemami zdrowotnymi, ale takimi zwykłymi ludzkimi. Nawiązują się między nami czasami nawet bliskie relacje. Niedawno uczestniczyliśmy w ceremonii ślubnej pary bezdomnych, która od początku istnienia naszego ośrodka leczyła się u nas. Mamy w zespole psychologa, który uczestniczy w każdej wizycie. Pani psycholog nauczyła się nawet zmieniać opatrunki i rozmawiać z pacjentami przy każdej okazji. Nas te historie opowiadane przez bezdomnych uczą pokory i przekonują, że nie wszyscy mają równy start i jak niewiele trzeba aby to nasze piękne życie z dnia na dzień się odmieniło. Wystarczy jedna tragedia życiowa, utrata bliskiej osoby, ciężka choroba. Myślę sobie, że nie tylko my pomagamy bezdomnym, ale często oni nam też. Dzięki nim stajemy się chyba lepszymi lekarzami i ludźmi.
Chciał pan kiedyś zrezygnować, miał dość tej pracy?
-Im więcej pracuję, tym bardziej mnie to nakręca. Widzę, że nie tylko mnie, bo wszyscy w naszym ośrodku tacy są. Dla lekarza ważne jest aby dostrzegać potrzeby ludzi, chcieć im pomóc. Kiedy przyjmuję w ciągu dnia ponad 30 pacjentów, to wychodzę wieczorem zmęczony, ale zadowolony, że zrobiłem coś konkretnego, coś czego nikt inny nie zrobił. To powoduje, że chcę do nich wracać i mieć satysfakcję z pomagania najbardziej potrzebującym i najbiedniejszym.
Z jakim komunikatem prozdrowotnym wypuszczacie pacjentów bezdomnych?
-Oczywiście mówimy im co zrobić, żeby polepszyć zdrowie, ale każda z tych osób podejmuje własne decyzje czy chce korzystać z naszych rad, czy pozwoli sobie pomóc, czy nie.
Czy młodzi medycy chcą pójść pana śladem?
-Często słyszę od nich zainteresowanie i chęć pomocy. Stworzyliśmy swoistą platformę do pomagania, ale potrzeby wciąż są duże, bo pocztą pantoflową roznosi się informacja o nas i każdego dnia coraz więcej bezdomnych dowiaduje się o możliwej pomocy medycznej. Wielu młodym lekarzom dopiero tutaj, w naszym ośrodku, opadają klapki z oczu , bo widzą pacjentów brudnych, z chorobami takimi jak wszawice, świerzb, gruźlica i inne tego typu choroby, które na początku mogą przerażać. Zatem jeśli ktokolwiek chciałby włączyć się w naszą inicjatywę zapraszam. Gdy ktoś od tej pracy oczekuje doświadczenia zawodowego, to je tu otrzyma. Tutaj zdarzają się przypadki interdyscyplinarne i to takie, których w najlepszych klinikach nie można zobaczyć. Ale prawdę mówiąc, jeśli ktoś nie będzie miał motywacji z głębi serca, to pewnie za długo z nami nie wytrzyma.
Jak wygląda organizacyjnie praca lekarza woluntariusza w ośrodku pomocy dla bezdomnych?
-Ustaliliśmy grafik aktywności lekarzy. Jesteśmy bowiem w tym ośrodku tylko fragmentem całej misji. Nie zawsze jest tam potrzebny lekarz. Raz w tygodniu, gdy przyjmujemy bezdomnych mamy dyżur jak w każdej poradni. Gdy więc ktoś zechce się z nami zaangażować w ten projekt, nie musi robić tego kosztem kariery naukowej, zawodowej czy rodziny. Wystarczy raz w miesiącu wygospodarować kilka godzin aby pomagać ludziom, których wielu nie chce dostrzegać i muszą funkcjonować jakby poza systemem.
Czuje się pan współczesnym dr. Judymem?
Nie, bo nie jestem sam w tym ośrodku, tu liczy się praca zespołowa. Od czasów Judyma wszystko się zmieniło i obserwuję to nie tylko w naszym ośrodku pomocy dla bezdomnych. Dziś każdy dba o tzw. balans między pracą, a życiem prywatnym tak, by wygospodarować dużo czasu dla siebie i najbliższych. Nie uważam, że to złe choć czasem zastanówmy się co warto dać od siebie innym ludziom.
Rozmawiali : Alicja van der Coghen i Piotr Biernat
Całą rozmowę obejrzeć można na videocaście na kanale YouTube pt „ŚILne Argumenty”, wysłuchać na Spotify, Apple Podcast oraz na stronie internetowej ŚIL.
Najnowsze artykuły
Popularne
Słuchaj rozmów w formie podcastu














